Subiektywnie o skokach

Bądź na bieżąco ze światem skoków

Robert Mateja – czy był taki zły jak go opisują?

fot. TVP 1

Dziś, 5 października 2026 roku, były reprezentant Polski, a aktualnie jeden ze szkoleniowców polskiego zaplecza obchodzi 52 urodziny. Z tej okazji dokonamy rozliczenia z jego karierą. Czy Robert Mateja rzeczywiście był tak słabym zawodnikiem, jak ludzie go nieraz opisują?

Debiuty nigdy nie należały do najłatwiejszych

Mateja zadebiutował w Pucharze Świata w sezonie 1992/1993 zaliczając kilka występów zakończonych maksymalnie pod koniec 6. dziesiątki. W Pucharze Kontynentalnym próbował swoich jeszcze rok wcześniej, zaliczając jeden udany występ – 6. miejsce podczas drugoligowych zmagań w Szczyrku. To już może robić pewne wrażenie, choć obsada była wówczas bardzo słaba.

Pierwsze punkty PŚ

Kampania 96/97 była dla Matei przełomowa, ale i generalnie niezła dla polskich skoków. Nasi kibice jeszcze bliżej poznali Adama Małysza, który już drugi rok z rzędu zaliczał udane występy (m.in. zwycięstwa w Sapporo i Hakubie), a Mateja był naszym pewnym numerem dwa.

Robert na start sezonu zdołał zapunktować w Lillehammer, zdobywając po raz pierwszy punkty Pucharu Świata – dokładnie 3. Potem było jeszcze lepiej, w tym sezonie udało mu się zająć nawet 5. miejsce w Harrachovie, a do tego dwa ósme miejsca (Falun i Oslo). Ostatecznie dokładając kilka miejsc w TOP30, Robert Mateja zakończył sezon na 30. miejscu w klasyfikacji generalnej ze 154-punktowym dorobkiem.

Rok 1997 to również Mistrzostwa Świata w Trondheim, a występ na normalnej skoczni może śnić się Robertowi Matei po dziś dzień.  Już na skoczni dużej Mateja, przy słabszych skokach Adama Małysza, wszedł w rolę kryzysowego lidera i uplasował się na solidnej, 14. pozycji. Znacznie słabiej było w drużynówce zakończonej przez Polskę na 10. miejscu, ale najlepsze dopiero nadeszło. Nie będzie przesadą powiedzieć, że na normalnym obiekcie Mateja otarł się o medal.

Pierwsza seria? Bardzo poprawna. 94.5 m i 14. pozycja. Jako, że strata Roberta do podium wynosiła zaledwie 5 punktów, jasne było, że świetny skok pozwoliłby nawiązać walkę o ścisłą czołówkę. Tylko nikt rozsądny raczej nie zakładał, że Zakopiańczyk w drugiej serii odda najdłuższy skok. A tak właśnie się stało – jedynie Ahonenowi zmierzono identyczną odległość – 98.5 m. Można by nazwać ten skok niemal idealnym, gdyby nie jeden mankament, lądowanie.

22-letni wówczas zawodnik klapnął na dwie nogi i noty po 17-17.5 punktu i tak należy uznać za stosunkowo niski wymiar kary. Do medalu i tak zabrakło jednak trzech punktów. Robert przegrał tylko z Ahonenem, Haradą, Goldbergerem i Funakim, zajmując 5. miejsce. Gdyby wylądował telemarkiem, miałby medal – być może nawet srebrny.

MŚ Trondheim 1997 – skocznia normalna – TOP 10
miejsce zawodnik kraj skok 1 skok 2 punkty
1 Janne Ahonen Finlandia 95.0 98.5 263.5
2 Masahiko Harada Japonia 99.0 98.0 258.5
3 Andreas Goldberger Austria 96.0 94.0 257.0
4 Kazuyoshi Funaki Japonia 95.5 94.0 256.0
5 Robert Mateja Polska 94.5 98.5 254.0
6 Didier Mollard Francja 96.5 93.0 253.5
7 Sylvain Freiholz Szwajcaria 95.0 95.0 253.0
8 Hiroya Saitoh Japonia 94.0 96.0 252.5
9 Nicolas Dessum Francja 96.0 94.0 252.0
10 Andreas Widhölzl Austria 95.0 93.0 252.0

Lider Kadry? – Lata 1997-1999.

Dwa następne sezony w wykonaniu Polaka wyglądały bardzo podobnie do zimy 96/97, choć pierwszy z nich był nieco bardziej udany. W kampanii 97/98 Mateja zdobył rekordowe w swojej karierze 165 punktów klasyfikacji generalnej. W Zakopanem walczył nawet o podium, będąc 2. po pierwszej serii. Ostatecznie, po gorszej finałowej próbie, zmagania zakończył na 6 pozycji.

Sezon 98/99 zakończył z dokładnie 100-punktowym dorobkiem. Zawody Pucharu Świata w Zakopanem, które miały miejsce 17 stycznia 1999 roku były naprawdę zaskakujące, a pierwsze skrzypce (przynajmniej po I serii) grał nazywany złośliwie przez kibiców – Kapitan Grawitacja. Druga seria to już dużo gorszy skok Matei – z pięciopunktowej przewagi na półmetku, zrobiła się 49-punktowa strata i ostatecznie 16. pozycja.

Te wyniki były dla nas szczególnie ważne, jeśli spojrzymy na kontekst – w kryzys formy wpadł wówczas Adam Małysz i przez pewien czas Robert był naszym liderem. Kiedy Wiślanin kończył igrzyska w Nagano na 51. i 52. pozycji, Mateja był 21. i 20.

Robert Mateja w rzeczywistości Małyszomanii – lata 2000-2008 i schyłek kariery

Rok 2001 i Čerťák w Harrachovie – gdzie było w tej historii miejsce dla Roberta Matei, gdy z dubletem z Czech wyjeżdżał Małysz?
Poza i tak bardzo dobrym występem na czeskim mamucie (2x 9. miejsce), omawiany Polak zapisał się w historii jako rekordzista Polski, i ten, który jako pierwszy biało-czerwony przekroczył dwusetny metr, tym samym pobijając rekord z brodą Piotra Fijasa, który był ustanowiony jeszcze w czasach stylu klasycznego – to kolejne osiągnięcie Matei, które warto przytoczyć

Na treningu, w którego czasie Mateja ten rekord ustanowił, Małysz poleciał jeszcze dalej. Choć Robert długo się rekordem nie nacieszył, na zawsze pozostanie pierwszym Polakiem z ponad 200-metrową życiówką. Poza wspomnianym Harrachovem, Mateja był jeszcze 5. w Sapporo, choć znacznie więcej miał nieudanych startów. 133-punktowy dorobek to jednak znów wynik, który klasyfikuje go raczej jako średniaka, aniżeli skoczka regularnie podpisującego tabelę, za którego przez wielu Mateja jest uważany.

Ostatnie w miarę udane kampanie to zima 2001/2002, gdzie w Zakopanem po raz dziesiąty i ostatni, zajął miejsce w czołowej dziesiątce konkursu Pucharu Świata (9. lokata) oraz sezon 2004/2005 (87 punktów i niezłe, 17. miejsce w klasyfikacji TCS), przed którym wygrał nawet klasyfikację LPK, udowadniając dobrze przepracowane lato z ówczesnym szkoleniowcem kadry B, Stefanem Horngacherem.

Sam Mateja został zapamiętany negatywnie w dużej mierze za sprawą konkursu drużynowego podczas MŚ w Sapporo w 2007. Reprezentacja Polski zakończyła zmagania na 5 miejscu, a szanse na medal zaprzepaścił właśnie on, będąc indywidualnie najgorzej skaczącym zawodnikiem (145.3 pkt za dwa skoki).

Pamiętny występ zaliczył również podczas Mistrzostw Świata w Lotach Narciarskich w Planicy w 2004 r. W konkursie indywidualnym w pierwszej serii skoczył na 77 metr – z uwagi na niekorzystne warunki jury zdecydowało się na restart konkursu z wyższej belki. Czy Mateja wykorzystał szansę na rehabilitację? Poprawił się względem pierwszej serii, jednak o dużym progresie tu nie mówimy – 85 metrów i jedna z ostatnich lokat.

Koniec kariery skoczka i praca w sztabach szkoleniowych

Po zakończeniu kariery w 2008 roku Robert Mateja dalej próbował swoich sił w świecie skoków narciarskich, jednak od drugiej strony. Początkowo był asystentem Łukasza Kruczka czy Hannu Lepistö. Przez dekadę 2011-2020 współpracował z polskim zapleczem w skokach narciarskich, a od 2018 miał epizod jako jeden z trenerów reprezentacji w kombinacji norweskiej.
Od jakiegoś czasu Mateja jest asystentem Wojciecha Topora, wraz z którym prowadzą polską kadrę B, co na razie wygląda na owocną współpracę.

Podsumowując, czy kariera Roberta Matei jest tak zła, jak ludzie mają w zwyczaju ją opisywać? Trudno odpowiedzieć na to jednoznacznie – potrafił uplasować się nawet w ścisłej czołówce, ale i rzeczywiście przytrafiały mu się poważne, „spektakularne” wpadki. Na pewno w trakcie kariery widać było u niego kłopoty z wytrzymywaniem presji.

Doświadczeni kibice docenią jednak czasy przed Małyszomanią i to jaki poziom prezentował wówczas Robert Mateja. Dziś bez wątpienia sporą satysfakcję gwarantuje mu praca w kadrze B, z której ostatniej zimy wyrósł choćby Kacper Tomasiak. Jedno jest pewne, przebieg kariery Roberta Matei sprawił, że przez lata trudno będzie o nim zapomnieć!

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów