Do startu nowego sezonu Pucharu Świata zostało półtora miesiąca, a ja już wiem, jaki temat wróci wraz z pierwszym konkursem. Wystarczy jedna 18-punktowa nota dla Polaka i jedna 19 dla kogoś z czołówki za podobny skok, żeby w komentarzach zaczęła się lawina: sędziowie faworyzują skoczków swojej narodowości, dali wygrać Austriakowi, noty do kosza, niech decydują same metry i tak dalej, i tak dalej… Przyjrzyjmy się zatem wspólnie przepisom FIS, badaniom naukowym oraz temu, co mówią sami sędziowie i odpowiedzmy na pytanie, czy noty za styl mają jeszcze sens.
Za co sędziowie odejmują punkty?
Według aktualnych wytycznych FIS sędzia zaczyna od 20 punktów i odejmuje je za błędy w trzech fazach: w locie maksymalnie 5, przy lądowaniu też 5, a na odjeździe aż 7. Od sezonu 2024/25 brak telemarku kosztuje 3 punkty zamiast wcześniejszych 2. Dokładnie tyle samo, co podparcie się jedną ręką o zeskok. Niedokładny telemark to od pół do półtora punktu. W opisie fazy lotu znajdziemy zwrot o ogólnym wrażeniu estetycznym, ale zdecydowana większość potrąceń dotyczy kontroli nad skokiem: symetrii nart, pracy rąk, stabilności przy lądowaniu i tego, czy zawodnik panuje nad sytuacją aż do linii upadku.
Clas Brede Bråthen, który akurat na sędziów narzekał głośno, mówił kiedyś, że skoki są dwuwymiarowe: mają część obiektywną, czyli odległość, i subiektywną, czyli wykonanie, i obie chciałby zachować. Ciekawe jest też to, że podobnie myślą kibice. W ankiecie sprzed trzech lat użytkownicy Reddita w znacznej większości opowiedzieli się za reformą systemu sędziowania, a tylko nieliczni chcieliby, by zrezygnowano z ocen stylu.
Ile tak naprawdę ważą noty?
Czy noty w ogóle zmieniają wyniki? K. Haugen i A. Musau wzięli ten temat pod lupę. Przeanalizowali siedem sezonów Pucharu Świata, od 2010/11 do 2016/17, i doszli do wniosku, że o kolejności w zdecydowanej większości decydują metry. Z ich badań wynika, że gdyby wyrzucić noty, zdobywca Kryształowej Kuli byłby ten sam w każdym z tych sezonów. Podium klasyfikacji generalnej zmieniłoby jednak skład w trzech sezonach z siedmiu, a przy liczeniu samych metrów, bez not i bez rekompensat, w sezonie 2013/14 przed Kamilem Stochem znalazłby się Severin Freund. Noty zatem rzadko wywracają cały sezon, ale w pojedynczych konkursach, tam gdzie wszystko rozstrzyga się na ułamkach, mogą zdecydować o kluczowych rozstrzygnięciach.
Co w takim razie jest nie tak?
Skoro już wiemy, że noty mają sens, trzeba uczciwie powiedzieć, gdzie system się sypie. Bo sypie się, i to w kilku miejscach naraz.
Po pierwsze: skala. Teoretycznie sędzia ma do dyspozycji punkty od 0 do 20, lecz w praktyce korzysta z wąskiego wycinka. W pracy J. Bouwensa, C. Hofmanna, P. Kroosa i C. Lechnera przeanalizowano prawie 45 tysięcy pojedynczych not z Pucharu Świata z lat 2017–2022. Średnia wyniosła 17,82, a osiem not na dziesięć mieściło się między 17 a 18,5. Dwudziestka pojawiała się w 0,116% przypadków, czyli mniej więcej raz na 860 ocen.
U kobiet było jeszcze ciaśniej. W styczniu 2023 roku w Zaō Thea Minyan Bjørseth za świetny skok na 96,5 metra dostała pięć osiemnastek i do podium zabrakło jej 0,6 punktu. Maren Lundby podsumowała to wtedy krótko: „18,5 to dla nas 20”. Jako wyjaśnienie usłyszała od sędziów, że kobiety są w powietrzu bardziej bierne niż mężczyźni.
Po drugie: dwudziestka znaczy coś innego w zależności od tego, gdzie się skacze. Przez cały sezon 2022/23 sędziowie przyznali 51 not 20-punktowych, z czego 39 na finałowym weekendzie w Planicy. Kamil Stoch dostał tam za lot na 231 metrów cztery dwudziestki i 19,5. Był to najlepszy zestaw not w całej swojej karierze za skok, po którym zajął 15. miejsce. Kazimierz Bafia, polski sędzia FIS, stwierdził w wypowiedzi dla Przeglądu Sportowego, że według niego dwudziestka należy się raczej za skok daleko za HS, w okolicach rekordu skoczni, i że sam przez całą karierę dał ich tylko dwie. Przyznał nawet, że oglądając stare skoki Adama Małysza nagrodzone dwudziestkami, sam dałby maksymalnie 18,5. A w marcu tego roku w Planicy znowu posypały się dwudziestki. Rozumiem, że próba na skoczni do lotów robi wrażenie, ale jeśli najwyższa nota jest przez cały sezon praktycznie nieosiągalna, a na finale rozdaje się ją seryjnie, to przestaje ona oznaczać to samo w każdym konkursie.
Po trzecie: odległość i nazwisko. Kamil Stoch w styczniu 2024 roku, po kwalifikacjach w Zakopanem, w których za skok z telemarkiem dostał od jednego z sędziów 17,5, zapytany o to, czy czuje się pokrzywdzony, zaprzeczył. Dodał jednak coś, co warto zapamiętać: „Sędziowie trochę patrzą na styl przez pryzmat odległości”. Bafia zresztą przyznał to samo. Zapytany o noty Simona Ammanna, który przez lata lądował bez telemarku, a dostawał osiemnastki, stwierdził, że te noty były za wysokie i że lepszym zawodnikom, skaczącym dalej, wybacza się trochę więcej. O Ammannie w podobnym tonie mówił zresztą Adam Małysz w 2021 roku. W styczniu tego roku, podczas Turnieju Czterech Skoczni, Rafał Kot z zarządu PZN mówił wprost o ocenianiu za nazwiska. Sędzia Tadeusz Szostak-Berda odpowiadał natomiast, że dobry skok daje dobre noty i że zgodnie z nowymi przepisami o wysoką notę jest trudniej wszystkim. Kto ma rację? Szczerze mówiąc, na podstawie tego, co jest publicznie dostępne, nie da się tego rozstrzygnąć. I to też jest problem.
Po czwarte: paszport. Tu mamy już twarde dane. Ze wspomnianej pracy Bouwensa i spółki wynika, że sędzia z kraju skoczka daje mu średnio mniej więcej o 0,08–0,1 punktu więcej niż pozostali sędziowie. Niby niewiele, ale przy tym, jak ciasno są czasem konkursy, może to przesunąć kogoś o miejsce albo dwa. Bafia opowiadał też historię z Letniego Grand Prix w Zakopanem, kiedy sędzia z jednego kraju chodził przed zawodami i przekonywał kolegów, jak świetnie skaczą jego zawodnicy. Pozostali pokiwali głowami, ocenili po swojemu, a po zawodach delegat stwierdził, że wszyscy sędziowali dobrze poza tym jednym. FIS ma zresztą swój mechanizm kontroli: sędzia, który w ponad 20% ocen odbiega o więcej niż pół punktu od średniej kolegów, ryzykuje utratę prawa do sędziowania w Pucharze Świata. Bafia mówił, że niektóre kraje co roku tracą w ten sposób dwóch, trzech sędziów. System więc coś wyłapuje, tylko że kibic nie ma o tym zielonego pojęcia.
Po piąte: interpretacja przepisów. Martin Schmitt przed sezonem 2024/25 opowiadał w Eurosporcie o konkursie Letniego Grand Prix w Hinzenbach, w którym Anže Lanišek za jeden błąd przy lądowaniu dostał od jednego sędziego 12,0, a od innego 15,5. Zwracał też uwagę, że błąd przy lądowaniu jest teraz karany podwójnie, raz w samym lądowaniu i drugi raz w odjeździe. Bafia dokładał do tego jeszcze jedną rzecz, która mnie szczerze zaskoczyła: część sędziów ocenia już według nowych zasad, a część nie była na najnowszych kursach i ocenia po staremu. To też jest przyczyną rozbieżności.
Po szóste: czas. W grudniu 2021 roku w Klingenthal testowano monitory z powtórkami dla sędziów. Adam Małysz był wtedy wielkim zwolennikiem tego rozwiązania, bo z niektórych wież po prostu nie widać dobrze lądowania, a wieże potrafią różnić się wysokością nawet o dobre 10 metrów. Proponował nawet, żeby powtórka odpalała się sędziemu automatycznie, gdy zawodnik zaczyna hamować. Trzy lata później, według Bafii, taki system działa na wszystkich zawodach PŚ, w Zakopanem nawet z ujęciem z przodu, na którym widać, czy narta nie kantuje. Tyle że potrafi się zawiesić w połowie serii i wtedy sędziowie zostają z ciemnym ekranem. A nawet gdy działa, od momentu wpisania noty przez pierwszego sędziego pozostali mają już tylko kilka sekund. Jak to ujął Bafia, czasem trafi się ktoś szybki i wtedy nie ma czasu na obejrzenie powtórki, „bo maszyna piszczy”.
No i na koniec pieniądze, o których mówi się najrzadziej. Sędziowie FIS nie dostają pensji, tylko diety i zwrot kosztów podróży – Interia pisała niedawno o 125 frankach przy trzydniowych zawodach. Bafia porównał to wprost do dniówki na budowie i przyznał, że młodzi ludzie przeliczają, widzą, że nic z tego nie ma, i nie chcą się tym zajmować. W Polsce jest obecnie dziewięciu sędziów z licencją FIS. Czyli o ułamkach punktów, które potrafią przesunąć kogoś na podium, decydują w praktyce pasjonaci, którzy robią to hobbystycznie. Trudno od takiego systemu oczekiwać zawodowej precyzji.
Może w takim razie zmienić liczbę sędziów?
Co jakiś czas wraca ten pomysł i przyznam, że na pierwszy rzut oka brzmi logicznie. Skoro i tak liczą się tylko trzy noty, po co płacić za podróże pięciu ludzi? Problem w tym, że historia poszła dokładnie w odwrotną stronę. Przed igrzyskami w St. Moritz w 1948 roku skoki oceniało trzech sędziów i liczyły się wszystkie noty. Właśnie wtedy przeszło się na pięciu, odrzucając najwyższą i najniższą ocenę.
Weźmy prosty przykład. Pięciu sędziów daje 18, 18, 18, 18 i 15, bo jeden z nich się pomylił albo nie zobaczył powtórki. Dziś 15 odpada i zawodnik dostaje 54 punkty. Przy trzech sędziach liczonych w całości ta sama pomyłka kosztowałaby go 3 punkty. A gdybyśmy przy trzech też odrzucali skrajne noty, cały styl zależałby od jednej osoby. Nie znalazłem żadnego poważnego argumentu za tym, że mniejszy panel byłby sprawiedliwszy. Tańszy – owszem. Jeśli już coś zmieniać w liczbie sędziów, to raczej w drugą stronę. W skokach do wody na igrzyskach ocenia siedmiu sędziów, odrzuca się dwie najwyższe i dwie najniższe noty, a liczą się trzy środkowe.
Co bym zmienił?
Moim zdaniem nie trzeba wymyślać skoków od nowa. Wystarczy naprawić proces, i to w dużej mierze rzeczami, które już istnieją.
- Powtórka dla każdego i czas na jej obejrzenie. Ta sama powtórka z boku i z przodu odpalana automatycznie każdemu sędziemu, tak jak chciał Małysz, a do tego kilka sekund blokady, zanim ktokolwiek będzie mógł zatwierdzić notę. Żeby najszybszy w panelu nie wyznaczał tempa pozostałym. I oczywiście niezawodny sprzęt, bo ciemny ekran w połowie serii w 2026 roku to trochę wstyd.
- Jeden standard dla wszystkich. Skoro część sędziów ocenia po nowemu, a część po staremu, to każdy sędzia dopuszczony do PŚ powinien mieć za sobą aktualny kurs, a przed zawodami wspólne omówienie kilku przykładowych skoków na wideo.
- Rozbicie noty w telewizji. Zamiast suchej liczby 18 pokazujmy, ile sędzia odjął za lot, ile za lądowanie, a ile za odjazd. Wtedy kibic przestaje zgadywać, a sędzia musi mieć konkretny powód dla każdego pół punktu.
- Jawność. FIS po każdym sezonie rozlicza sędziów i zna ich statystyki, tylko nikt poza federacją ich nie widzi. Gimnastyka od lat ma program oceniający pracę sędziów, który pomaga w nominacjach i wyłapywaniu stronniczości. Skoro dane i tak są zbierane, niech wyjdą na światło dzienne także w skokach.
- Zawodowi sędziowie. Nie widzę przeszkód, żeby grono sędziów uprawnionych do Pucharu Świata było mniejsze, pod warunkiem że ci, którzy w nim zostaną, wykonywaliby tę pracę zawodowo: za należytą pensję, z czasem na regularne szkolenia i doskonalenie warsztatu. Sędziowanie przestałoby wtedy być hobby, a stałoby się pełnoprawnym zawodem.
- Przetestować siedmioosobowy panel w kilku konkursach i sprawdzić, czy wyniki są stabilniejsze.
AI zastąpi sędziów?
A sztuczna inteligencja? Czy to możliwe, żeby AI wkrótce zastąpiła sędziów? Ja bym się z tym nie spieszył. Słoweński prototyp „wirtualnego sędziego” z 2022 roku, trenowany na nagraniach z igrzysk w Vancouver i testowany na raptem 30 skokach, wypadł lepiej od dwóch z pięciu prawdziwych sędziów, i to tylko w jednej wersji modelu.
Co ciekawe, w gimnastyce system Fujitsu działa jako pomoc dla sędziów. Nie zastępuje on jednak człowieka. Tak samo widziałbym to w skokach: maszyna mogłaby automatycznie oznaczać na przykład, czy miał miejsce prawidłowy telemark lub czy ręka dotknęła śniegu, a człowiek oceniałby resztę.
A gdyby oceniać zero-jedynkowo?
Jest jeszcze jedna opcja, którą traktuję poważnie: oceniać wyłącznie lądowanie i odjazd, z konkretnymi, sztywnymi karami za brak telemarku, podpórkę czy upadek. Byłoby to czytelne dla każdego widza i zostawiałoby mało miejsca na subiektywną interpretację. Tyle że wtedy dwóch zawodników, którzy polecą na tę samą odległość i tak samo wylądują, dostanie tę samą notę, nawet jeśli jeden przez cały lot był stabilny jak skała, a drugi walczył z nartami (chociaż w tym przypadku, należałoby porównać oceny Roberta Johanssona z jego najlepszych konkursów do not pozostałych zawodników z czołówki, żeby stwierdzić, czy naprawdę stanowiłoby to dużą przeszkodę).
Show bez not
Niektórzy mogą przywołać jeszcze Red Bull Skoki w Punkt, jako zawody bez not sędziowskich, które zapewniają mnóstwo rozrywki widzom. Uwielbiam ten format i kwietniowa edycja w śnieżycy na Wielkiej Krokwi była świetną zabawą, ale jest to raczej ciekawy pokaz na koniec sezonu, a nie model dla Pucharu Świata.
Podsumowanie
Moim zdaniem noty za styl są skokom potrzebne. Towarzyszą tej dyscyplinie od dawna i są jej integralną częścią. Skoki narciarskie powinny składać się z dwóch elementów: odległości i stylu. Problemem not nie jest sama subiektywność, tylko to, że nikt nie potrafi wytłumaczyć kibicowi, skąd w jednej sytuacji wzięło się akurat 17,5, a w drugiej identycznej punkt więcej. Sędziowie mają za mało czasu, nierówne przygotowanie i sprzęt, który potrafi się zawiesić, a skala ocen w praktyce kurczy się do trzech punktów, poza finałem w Planicy. Likwidacja not albo zmniejszenie liczby sędziów niczego tu nie naprawi. Naprawić ten system, albo przynajmniej go usprawnić, może powtórka dla każdego sędziego, jednolite szkolenia, jawne statystyki, (być może) eksperyment z większą liczbą sędziów oraz większy profesjonalizm w ich grupie.
Czy FIS się tym zajmie? Szczerze wątpię, ale może kolejna afera z notami w roli głównej sprawi, że wreszcie coś się ruszy.










