fot. Kai Taller/Arena Akcji
Halvor Egner Granerud to z pewnością jedna z najważniejszych postaci pierwszej polowy trzeciej dekady XXI wieku w skokach narciarskich. Norweg wielokrotnie prezentował swoje możliwości, odnosząc wspaniałe zwycięstwa i wywalczając dwie Kryształowe Kule. Jednak wszystkie jego osiągnięcia rozkładają się na zaledwie trzy sezony – od 2020/21 do 2022/23. Poza nimi kariera 30-latka prezentuje się zgoła kontrastowo. Poznajcie jedną z najbardziej intrygujących historii o drodze skoczka narciarskiego na sam szczyt i z powrotem.
Halvor Egner Granerud jest dziś charakterystyczną i rozpoznawalną dla kibiców postacią, jednak nie zawsze tak było. Norweg przykładem swojej kariery pokazał, że w skokach narciarskich niemożliwe nie istnieje. Przez lata był przeciętnym zawodnikiem, który miewał czasem lepsze momenty. Potrafił jednak być na tyle kiepski, że przez większość sezonu 2019/20 nie łapał się do norweskiej kadry, a zimę zakończył na bardzo odległej pozycji w generalce, co nie przeszkodziło mu w zdominowaniu edycji 2020/21, w której wywalczył swoją pierwszą Kryształową Kulę.
Początek kariery
Jednak, by nie robić zamieszania, zacznijmy od początku. Granerud swój pierwszy udział w zawodach pod egidą FIS zaliczył stosunkowo późno, bo w wieku lat 17. W lipcu 2013 zajal trzydziestą pozycję podczas zawodów w Villach. W kolejnym roku zaliczył debiut i pierwsze punkty w Pucharze Kontynentalnym. Na zapleczu Pucharu Świata udało mu się odnieść dwa zwycięstwa w czasie trwania sezonu 2014/15, lecz dalej nie był specjalnie wyróżniającym się zawodnikiem. Na Mistrzostwach Świata Juniorów 2015 (które nota bene wygrał jego późniejszy kadrowy kolega, Johann Andre Forfang), zdołał wywalczyć z drużyną złoto, ale indywidualnie był dopiero dwudziesty.
Sezon 2015/16 można nazwać pierwszym przełomowym w karierze Norwega. Kilka razy udawało mu się stawać na podium zawodów Pucharu Kontynentalnego i otrzymał szansę debiutu w Pucharze Świata. Ten wypadł wyjątkowo niefortunnie, bo 19-letni wówczas zawodnik oberwał dyskwalifikację podczas konkursu w Lillehammer. Druga szansa pojawiła się podczas niemieckiej części TCS, tam jednak zajmował pozycje w czwartej dziesiątce.
Regularne występy w Pucharze Świata i… kryzys
Kolejne lata były naznaczone regularnym progresem Graneruda. Sezon 2016/17 przyniósł mu pierwsze punkty PŚ w karierze, których 20-latek przez całą zimę zgromadził łącznie 50. Bardzo dobrze w jego wykonaniu wygladała edycja 2017/18, w czasie której pod nieobecność Kennetha Gangnesa uczestniczył w większości konkursów, a jego najlepszym rezultatem było piąte miejsce w Engelbergu. Konkurencja w niezwykle silnej wówczas norweskiej kadrze była na tyle duża, że Granerud nie załapał się do składu na Igrzyska w PyeongChangu, ale i tak mógł być z siebie zadowolony. W drugim sezonie z punktami PŚ zamknął czołową dwudziestkę klasyfikacji generalnej.
Kolejny krok na drodze progresu Norwega wyznaczała zima 2018/19, kiedy to 22-latek regularnie punktował w zawodach najwyższej rangi i aż ośmiokrotnie meldował się w czołowej dziesiątce pojedynczych konkursów. Warto wspomnieć, że Halvor miał za sobą także świetne lato 2018, podczas którego m.in. Zajął trzecie miejsce w zawodach LGP w Wiśle. Klasyfikację generalną PŚ 2018/19 ukończył na wysokim 15. miejscu, co dawało nadzieję na kolejne postępy w skokach Norwega. Jednak nic bardziej mylnego! Następna zima stała pod znakiem sporadycznych, przeciętnych występów w Pucharze Kontynentalnym, co sprawiało, że 23-latek bardzo rzadko miał okazję zaprezentować się w najważniejszym cyklu. W czterech próbach wywalczył zaledwie 8 punktów, a klasyfikację generalną zakończył na odległej 61. pozycji.
Po tak słabym sezonie nikt nie mógł przewidzieć, co stanie się w kolejnym. Zwłaszcza, że ze względu na pandemię COVID-19 latem nie rozegrano praktycznie żadnych zawodów. Jedynie pojedynczy weekend w Wiśle miał stanowić namiastkę LGP, a podczas tych konkursów zabrakło bohatera tego tekstu. Halvor latem nie wystartował w żadnych miedzynarodowych zawodach i absolutnie nikt nie mógł mieć najmniejszego pojęcia, że ten niepozorny zawodnik mający za sobą absolutnie fatalną zimę stanie się dominatorem sezonu 2020/21. Taki scenariusz nie miał po prostu żadnych podstaw, by uznać go za realny. A jednak skoki narciarskie to sport, w którym niemożliwe po prostu nie istnieje.
Sensacyjny zwrot akcji
Samą edycję 2020/21 wspominam raczej źle. Puste trybuny, zamieszania z testami na koronawirusa, fatalna frekwencja czy odwołanie wszystkich norweskich konkursów to tylko część przygnębiającego obrazka, jaki prezentowała sobą tamta zima. Początek tej niezbyt obiecującej batalii należał do Markusa Eisenbichlera, który triumfował w dwóch pierwszych konkursach. Granerud czaił się tuż za podium. Dwa czwarte miejsca były wstępem do pięciu zwycięstw z rzędu. 600 punktów zgromadzone w jednym periodzie obejmującym siedem konkursów indywidualnych wywalczył zawodnik, który poprzedniej zimy bywał za słaby nawet na Puchar Kontynentalny! Do tego dołożył jeszcze srebrny medal indywidualny oraz złoto drużynowe z grudniowych Mistrzostw Świata w Lotach w Planicy. Przez cały sezon zwyciężał łącznie 11 razy, 13 konkursów kończąc w TOP3.
Choć końcówka zimy była trudna ze względu na pozytywny wynik testu na COVID-19, otrzymany połowie Mistrzostw Świata w Oberstdorfie, oraz słabe rezultaty w Planicy, 24-latek w generalce bardzo wyraźnie odjechał rywalom. Dorobek punktowy w porównaniu z innymi triumfatorami PŚ ostatnich lat nie wygląda zbyt imponująco (1572 punkty), jednak warto pamiętać, że Norweg wywalczył je w 25 konkursach (obecnie najczęściej odbywa się około 30-32 konkursów na sezon), a jego przewaga nad Markusem Eisenbichlerem wyniosła 382 „oczka”.
Nie obyło się jednak bez zachowań, które wywołały niesmak u kibiców. Już na początku stycznia 2021 Norweg podpadł polskim fanom skoków, gdy w wywiadzie po zawodach w Innsbrucku stwierdził, że irytuje go oglądanie Kamila Stocha w roli zwycięzcy, dodając, że Polak wygrywa, choć nie skacze specjalnie dobrze. Choć Norweg przeprosił za swoje słowa, nie mogło to cofnąć popełnionego nietaktu. W kolejnym sezonie Halvor ponownie dał się ponieść emocjom, gdy podczas Mistrzostw Świata w Lotach w Vikersund nie został wytypowany do składu na konkurs indywidualny, po prostu wyjechał stamtąd i wrócił do domu. Powrócił co prawda na konkurs drużynowy, ale trudno się oprzeć wrażeniu, że takie zachowanie nie przystoi sportowcowi klasy światowej. Zwłaszcza że dwa tygodnie później popełnił kolejną gafę. Nie świętował wraz z drużyną trzeciego miejsca w klasyfikacji generalnej PŚ wywalczonego przez Lindvika podczas finału w Planicy, ponieważ trudno było mu pogodzić się z faktem, że kolega z kadry właśnie jego pozbawił lokaty w czołowej trójce. Całościowo zima 2021/22 nie była już dla Graneruda tak udana, ale na pewno nie można jej nazwać porażką. Pomimo wpadek i braku punktów w Ruce czy Oberstdorfie, Norweg utrzymał się w czubie klasyfikacji generalnej, w której wylądował tuż za podium.
Granerud mógł nie być ulubieńcem kibiców, ale rezygnować z walki o najwyższe cele nie zamierzał. Sezon 2022/23 od Turnieju Czterech Skoczni był jego absolutnym popisem. Najlepsi skoczkowie pierwszego periodu – Anze Lanisek i Dawid Kubacki – mogli jedynie próbować mu dorównać i podziwiać jego wspaniale skoki. 12 zwycięstw, 20 podiów, z czego aż 10 z rzędu robiły ogromne wrażenie. Do tego Złoty Orzeł w pięknym stylu i triumf w Raw Air, a w klasyfikacji generalnej aż 2128 punktów i potężna 438-punktowa przewaga nad drugim miejscem. Ponownie jednak, tak jak w 2021 roku, Norweg wrócił z niczym (nie licząc medali drużynowych) z Mistrzostw Świata i nie zdołał wywalczyć Małej Kryształowej Kuli za loty. Nie umniejsza to jednak faktu, że zima 2022/23 była naprawdę fantastyczna w wykonaniu Norwega. Oddał wiele świetnych skoków i zupełnie zasłużenie wywalczył drugą w ciągu trzech sezonów Kryształową Kulę.
Powrót do przeciętności
Trzy sezony w ścisłej światowej czołówce okazały się jednak jedynym okresem, w którym Norweg był jednym z najbardziej znaczących zawodników w stawce. Już zimą 2023/24 spisywał się dosyć przeciętnie, plątając się między pierwszą i drugą dziesiątką, zaliczając wpadki takie jak np. 48. miejsce w Oberstdorfie czy 42. w Wiśle. Najlepszymi jego rezultatami były dwie czwarte lokaty, wywalczone w Engelbergu oraz Vikersund. W środku sezonu ze względu na rozczarowujące wyniki zrobił sobie nawet kilkutygodniową przerwę, ale nie pomogło mu to w odbudowaniu formy. Klasyfikację generalną ukończył dopiero na 24. pozycji.
Niewiele lepiej było kolejnej zimy. Coraz częściej notował rezultaty na przełomie drugiej i trzeciej dziesiątki, trzy razy odpadał po pierwszej serii, a do sobotnich zawodów w Ruce nie zdołał awansować. Stracił końcówkę sezonu przez kontuzję, dzięki czemu co prawda ominęło go zamieszanie związane z manipulacjami sprzętowymi Norwegów na MŚ w Trondheim, ale za to stracił kilka szans, by się poprawić. Choć w generalce zanotował lepszy rezultat niż rok wcześniej (zamknął drugą dziesiątkę), punktów zgromadził aż o 142 mniej.
Kolejne miesiące nie przynosiły poprawy. Zimą 2025/26 zdobywca dwóch Kryształowych Kul mógł być określany mianem zawodnika co najwyżej przeciętnego. Jego najlepszymi rezultatami były dwa siódme miejsca w Klingenthal, najczęściej notował lokaty w drugiej i trzeciej dziesiątce, kilkukrotnie nie awansując do drugiej serii. W Pucharze Świata dopiero 26. pozycja i brak powołania na Igrzyska w Mediolanie. Zawodnik o ogromnym potencjale i możliwościach nie potrafił już odnaleźć drogi na szczyt.
Gdyby ktoś w 2019 roku powiedział mi, że Granerud zdominuje dwa sezony Pucharu Świata w ciągu trzech lat, zapewne popatrzyłabym na niego z politowaniem. Podobnie wyglądałaby moja reakcja, gdyby ktoś zasugerował, że najlepszy skoczek zimy 2022/23 w kolejnych sezonach stanie się na powrót przeciętnym zawodnikiem. A jednak oba scenariusze się sprawdziły, co potwierdza tezę, że kariera Norwega jest naprawdę niesamowitym przypadkiem, obrazującym nieprzewidywalność skoków narciarskich. Halvor przeszedł chyba wszystkie możliwe fazy – był skoczkiem średnim, fatalnym, niezłym, obiecującym, przeciętnym i wybitnym. Na przestrzeni kilkunastu lat mogliśmy oglądać różne jego „wcielenia”. Ciekawe, co jeszcze może pokazać.
Pod koniec moich rozważań chciałabym jeszcze zauważyć, że Granerud miał wybitnego pecha do zawodów rangi mistrzowskiej. W 2020 o ledwie pół punktu przegrał złoto MŚ w lotach, w 2021 COVID wykluczył go z połowy czempionatu, na Igrzyskach w Pekinie oraz MŚ w lotach na Kulm otrzymał dyskwalifikację, a tuż przed MŚ 2025 zaliczył kontuzję. Nawet w swoim najlepszym sezonie w życiu nie był w stanie walczyć o indywidualne medale Mistrzostw Świata. Jedynym jego samodzielnym krążkiem pozostaje to srebro z Planicy, bardziej przegrane o pół punktu, niż wywalczone. Czy ten dorobek kiedyś się powiększy? Nic na to nie wskazuje, ale patrząc na karierę Graneruda, nie zaryzykowałabym żadnego pewnego stwierdzenia, gdyż nikt myślący logicznie nie wymyśliłby takiego scenariusza, jaki napisał swoimi skokami bohater tego tekstu. Choć Norweg ostatnie podium PŚ zaliczył już 3 lata temu możliwe, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa i być może jeszcze raz zaskoczy, jak robił to już wielokrotnie.










