W ostatnim czasie sytuacja polskiego zaplecza w skokach narciarskich ulega gwałtownym zmianom. To zmiany, których nie widać jeszcze na pierwszy rzut oka, jeśli śledzi się wyłącznie te najważniejsze zawody – Puchar Świata. Tendencja jest jednak ewidentna i sprawia, że mam wrażenie, iż jesteśmy na dobrej drodze, by za kilka lat znów stać się potęgą.
Mamy w tej chwili zaplecze aspirujące do miana trzeciego najmocniejszego – tuż za Austrią i Norwegią, gdzieś obok Niemiec. I nie chodzi tu tylko – tak jak było przez wiele lat – o grupę doświadczonych zawodników w kryzysie, którzy w danym sezonie mieli odnosić sukcesy w Pucharze Świata, a zamiast tego nabijali punkty w kontynentalu. Chodzi faktycznie o zawodników młodych, a w dużej mierze nawet takich, którzy jeszcze rok czy dwa lata temu mogli tylko pomarzyć o wyjazdach na międzynarodowe konkursy. A z kolei u Norwegów dobrych juniorów praktycznie nie ma, więc to zupełnie inna sytuacja i oni moim zdaniem zaraz z hukiem z tego drugiego stopnia wirtualnego podium zlecą.
Aby zrozumieć kontekst, przenieśmy się o kilkanaście lat wstecz.
Era pierwszych lat postmałyszowych była okresem, kiedy naprawdę można było mieć nadzieję, że za kilka lat jako drużyna będziemy mocni. Obok Kamila Stocha widoczny progres czynili tacy zawodnicy – wówczas młodzi – jak Maciej Kot, Dawid Kubacki, Piotr Żyła, Krzysztof Miętus, Klemens Murańka, Aleksander Zniszczoł, Jakub Wolny, Jan Ziobro czy Krzysztof Biegun. Gdzieś nieco bardziej z tyłu byli też Bartłomiej Kłusek, Tomasz Byrt, Stanisław Biela, Jakub Kot czy Grzegorz Miętus.
Z tego pokolenia wyrosło kilka wielkich gwiazd z tej nieco starszej ekipy – Żyła, Kubacki, Kot. Natomiast ci młodsi albo kompletnie przepadli, albo zatrzymali się na poziomie sporadycznego punktowania w Pucharze Świata, nie gwarantując ciągłości sukcesów.
Nasza sytuacja zaczęła ulegać drastycznym zmianom wraz z końcówką ery Kruczka i później – kiedy naszą kadrę objął Horngacher. Wówczas kilku zawodników osiągnęło swój absolutny szczyt formy, ale zaplecze wyglądało coraz biedniej. Opieraliśmy się tak naprawdę na kilku nazwiskach.
Dla przykładu: w sezonie 2017/18 mieliśmy trzynastu Polaków z punktami FIS Cup i ośmiu w zimowym Pucharze Kontynentalnym. Z czego niemal połowa to byli skoczkowie „po przejściach”, już nie najmłodsi – Wolny, Zniszczoł, Murańka, Leja.
- W 18/19 – 11 w FIS Cupie i 8 w Pucharze Kontynentalnym
- 19/20 – 12 w FC, ale już tylko jeden Polak w TOP 50 klasyfikacji generalnej, oraz 9 w PK.
- W sezonie 2020/21 mieliśmy 14 punktujących w FIS Cupie, ale tylko dwóch w TOP 50. W Pucharze Kontynentalnym znów mieliśmy ośmiu zawodników.
- W sezonie 2021/22 było 11 punktujących w PK i 13 w FIS Cupie.
Same liczby nie mówią oczywiście wszystkiego. Problem polegał jednak na tym, że nie mieliśmy odpowiedniej głębi. Nic dziwnego zatem, że kiedy starszyzna wypadła z czołówki, to kandydatów do ich zastąpienia można było policzyć na palcach jednej ręki.
W latach 2015–2022 wprowadziliśmy tylko trzech Polaków do TOP 10 indywidualnych mistrzostw świata juniorów. Dziesiąte miejsce Przemysława Kantyki w 2015 roku – już wtedy zaczynało być widać naszą tendencję mocno słabnącego zaplecza – siódme i szóste miejsca Pawła Wąska oraz czwarte i dziewiąte Tomasza Pilcha.
W drużynie od 2015 roku nasz zjazd wyglądał następująco: 4–7–7–8–6–7–NB–5.
Mogliśmy się pocieszać, że przecież mamy świetnie rokującego Tomka Pilcha i ewidentnie również utalentowanego Pawła Wąska. Potem, w 2022 roku, pojawił się Jan Habdas. Tylko że historia pokazała – i bardzo dobrze potwierdza to przykład Pilcha – że bazowanie na pojedynczych talentach jest bardzo zgubne.
W skokach na drodze od juniora do zwycięstw w Pucharze Świata naprawdę wiele rzeczy może pójść nie tak. W wieku 16–20 lat przychodzi nagle gwałtowna zmiana parametrów fizycznych, przez co zawodnicy często muszą tak naprawdę na nowo budować technikę, odpowiednią pozycję dojazdową i to mityczne czucie. Nie każdy ma odpowiednio silną głowę. Nie każdy uchroni się przed kontuzjami.
Zresztą w kategorii juniorów często wystarczy wyróżniać się motoryką. Później pojawia się jednak problem z przekroczeniem pewnej granicy, gdy w najważniejszych zawodach trzeba mieć również świetną technikę. Tutaj również można przytoczyć przykłady Kacpra Juroszka, Marcina Wróbla czy poniekąd Jana Habdasa.
My pocieszaliśmy się Wąskiem, Juroszkiem czy Habdasem, kiedy Austriacy mieli takich Habdasów dziesięciu. I siłą rzeczy większość z nich przepadnie gdzieś na poziomie Pucharu Kontynentalnego. Ale jeżeli masz dziesięciu zawodników o takim potencjale zamiast jednego, oczywistym jest, że drastycznie zwiększa się prawdopodobieństwo, że któryś z nich jednak zrobi wielką karierę.
I właśnie dlatego tak ważne jest to, co zaczęło dziać się później.
Wreszcie zaczęła rosnąć baza zawodników potrafiących punktować choćby na poziomie FC
Sezon 2022/23 okazał się przełomowy. To wtedy zaczęło się głośno mówić o tym, że rośnie nam kolejne fajne pokolenie. Jan Habdas został brązowym medalistą mistrzostw świata juniorów, Kacper Tomasiak, mając ledwie 16 lat, sensacyjnie otarł się o medal, a w konkursie drużynowym Habdas, Tomasiak, Joniak i Wróbel zdobyli srebrne medale.
W Pucharze Kontynentalnym mieliśmy aż 14 punktujących zawodników i w końcu zaczęły pojawiać się nowe nazwiska. Zaczęliśmy dysponować już wtedy na jakimś poziomie głębią składu. A wiosną 2023 roku wydarzyło się coś, co może być w całej tej historii niezwykle ważne.
Wiosną 2023 roku Polski Związek Narciarski zdecydował się przebudować sposób szkolenia juniorów. PZN sam nazwał tę zmianę „rewolucją”. Zrezygnowano z dotychczasowego modelu wąskich kadr juniorskich i postawiono na znacznie szerszy system oparty przede wszystkim na Szkołach Mistrzostwa Sportowego. Wszyscy uczniowie SMS mieli zostać objęci szkoleniem, a najlepsi – niezależnie od tego, czy byli uczniami SMS, czy funkcjonowali poza nim – mieli być wybierani na centralne zgrupowania i zawody.
Co ważne, nie chodziło tylko o zmianę sposobu powoływania zawodników. Jan Winkiel, ówczesny sekretarz generalny PZN, tłumaczył, że dotychczas kadry juniorskie były bardziej ograniczonymi grupami szkoleniowymi. Po zmianie wszyscy uczniowie SMS mieli zostać objęci szkoleniem kadrowym, a priorytetem miało być codzienne szkolenie i spokojny rozwój, a nie konieczność osiągania wyniku tu i teraz.
Dzisiaj, patrząc na to, co dzieje się na zapleczu, trudno nie wrócić do tamtej decyzji.
Nagle zaczęli wyskakiwać zawodnicy, których nikt się nie spodziewał
Mniej więcej od tego momentu, choć najbardziej zauważalne stało się to w sezonach 2024/25 i 2025/26, baza zawodników potrafiących punktować na poziomie FIS Cupu, a nawet doskakiwać tam do czołówki, drastycznie się zwiększyła. I nie tylko jeśli chodzi o zawodników ewidentnie superutalentowanych, którzy od dawna się wyróżniali.
Nagle wyskakiwać zaczęli skoczkowie wcale nie najmłodsi, którym dotychczas z trudem przychodziło nawet kwalifikowanie się do TOP 30 mistrzostw Polski, a FIS Cup był dla nich czymś, w czym mogli uczestniczyć ewentualnie przy okazji krajowych zawodów w Szczyrku czy Zakopanem. A oni nagle zaczęli skakać na poziomie punktowania w Pucharze Kontynentalnym.
Liczby są tutaj bardzo wymowne. W sezonie 2023/24 mieliśmy 18 punktujących zawodników w FIS Cupie i 14 w zimowym Pucharze Kontynentalnym. W sezonie 2024/25 było 22 punktujących w FIS Cupie i 11 w PK. Nagle zaczęli wybijać się skoczkowie, którzy wcześniej na arenie międzynarodowej nie byli w stanie walczyć o cokolwiek.
Małysz mówił o tym już w grudniu
W grudniu 2025 roku miałem okazję zapytać Adama Małysza, ówczesnego prezesa PZN, właśnie o tendencję rosnącego zaplecza. Z czego ona wynika? Czy jest efektem jakichś konkretnych zmian systemowych?
Małysz odpowiedział:
– Trochę byłem krytykowany pod tym względem, że tworzymy kadry juniorskie otwarte, czyli głównie przy Szkołach Mistrzostwa Sportowego, gdzie mamy nie ścisłą kadrę juniorską, gdzie jest tylko 5-6 zawodników, tylko często ich jest 40-50. I na zgrupowania idzie najlepsza dziesiątka, a na zawody jadą też ci najlepsi, którzy są w danym momencie. To też jakby otworzyło trochę perspektywę dla zawodników, otworzyło taką zdrową rywalizację między zawodnikami, że nic nie jest pewne, bo jestem w kadrze, tylko muszę się do wszystkiego kwalifikować. Ja myślę, że stąd mamy faktycznie sporo takich juniorów, myślę, że nawet pokroju Kacpra (Tomasiaka), którzy jeszcze się nie wybili tak jak on, ale że będziemy mieć w przyszłości pociechę i wszystko robimy w tym kierunku. – powiedział ówczesny prezes PZN, w trakcie weekendu z Pucharem Świata w Wiśle.
– Wiemy doskonale, mamy jedną z najstarszych kadr, jeśli chodzi o A kadrę. Dzisiaj dołączył do tego Kacper, młody zawodnik, 18-letni. Ja ubolewam trochę nad tym, że my, Polacy, jesteśmy bardzo niecierpliwi. Jak chcemy się poświęcić tym młodszym zawodnikom, chcemy ich jakby pociągnąć, ale to potrzeba czasu. Czasem jest to trzy, cztery lata, a czasem potrzeba 10, nawet 15 lat, żeby od dołu z powrotem to wzmocnić. – dodał Małysz.
Przykładowi beneficjenci zmian
Jan Galica, rocznik 2004.
Do sezonu 2023/24 był skoczkiem, który nie był w stanie punktować w normalnie obsadzonych konkursach FC, nie mówiąc o kontynentalu. Tymczasem w sezonie 2024/25, mając już 20 lat i nie będąc juniorem, zdobył 242 punkty FIS Cupu, kończąc kampanię na 25. miejscu. Sezon zakończył również dwoma miejscami w TOP 30 Pucharu Kontynentalnego w Zakopanem. I co najważniejsze – na tym się nie skończyło. Galica dalej robi stopniowy progres. Tego lata po sześciu konkursach FIS Cupu ma 222 punkty, dwa podia i cztery miejsca w TOP 10.
Kolejny przykład to Mateusz Mysza, rocznik 2006.
Do sezonu 2023/24 jego międzynarodowe CV było bardzo skromne – 70. i 73. miejsce w konkursach Alpen Cupu w Planicy. I to wszystko. W sezonie 2024/25 zdobył 18 punktów FIS Cupu, regularnie skacząc na przełomie trzeciej i czwartej dziesiątki, i zadebiutował w Pucharze Kontynentalnym (40. miejsce w Zakopanem). Rok później szło mu już gorzej, ale tego lata na sześć konkursów trzykrotnie wskakiwał do górnej części drugiej dziesiątki, gromadząc łącznie 66 punktów.
Klemens Staszel (2006), Karol Pieczarka (2007).
Staszel do końca sezonu 2024/25 był skoczkiem, który najczęściej kręcił się koło piątej dziesiątki FIS Cupu. W normalnie obsadzonych konkursach praktycznie nie punktował. W sezonie 2025/26 zdobył już ponad 100 punktów, a jego najlepszym wynikiem było czwarte miejsce w Ljubnie. Co prawda teraz jest znów w dużo słabszej formie, ale jednak jest kolejnym potwierdzeniem tendencji. Niemal idealnie zastąpił go natomiast teraz Karol Pieczarka.
Chyba najlepszym przykładem jest Kamil Waszek, rocznik 2006.
Do końca sezonu 2024/25 punkty FIS Cupu w normalnie obsadzonych zawodach były dla niego właściwie poza zasięgiem. Nie było mowy o myśleniu o wyjeździe na mistrzostwa świata juniorów. Latem 2025 roku stanął na podium FIS Cupu, a cały cykl zakończył ze 146 punktami. Kilka miesięcy wcześniej, myśląc o polskich talentach, chyba żaden kibic nie wymieniłby Waszka. A dzisiaj?
W lipcu i sierpniu był – przynajmniej zdaniem trenerów – najlepiej dysponowanym polskim skoczkiem na większości zgrupowań. W Wiśle zakończyłby zawody LGP na szóstym miejscu, gdyby nie dyskwalifikacja.
I właśnie to jest prawdziwa wartość. Nie jeden supertalent (tzn. wiadomo, fajnie mieć też supertalenty), tylko sytuacja w której zawodnicy będący w stanie skutecznie rywalizować w międzynarodowych zawodach – choćby póki co na poziomie tej trzeciej, drugiej ligi – zaczynają wyrastać z każdej strony.
Mamy wreszcie swój generator
Sporo mówiłem wcześniej o liczbach dotyczących polskich skoczków z punktami w FIS Cupie. Po Szczyrku, jednym weekendzie, mieliśmy już tego lata 17 takich zawodników, a Niżnik, Amilkiewicz, Sarniak, Galica, Łukaszczyk i Konrad Tomasiak prezentowali w tamten weekend regularny poziom czołówki zawodów.
My w końcu mamy swój „generator”. Bazę zawodników z potencjałem na punkty FIS Cupu i Pucharu Kontynentalnego, która drastycznie się powiększyła i cały czas się powiększa. A Kamil Waszek jest idealnym przykładem na to, że sufit tych skoczków wcale nie musi kończyć się na solidnych występach w FIS Cupie, nawet jeśli jeszcze niedawno byli częścią naprawdę bardzo głębokiego zaplecza. Mam wrażenie, że Janek Galica też nie jest daleko od potwierdzenia, że to nie tak iż zmiany wyciągnęły tylko skoczków z piątej dziesiątki FC do trzeciej i nic więcej z tego nie będzie.
Tego lata duży progres zrobili chociażby Pieczarka, Malarz, Dzioboń i Dubiel. Z czego Dubiel nie jest już juniorem, a Pieczarka ma swój ostatni juniorski sezon. Jeszcze przed rokiem Pieczarka potrafił przecież dwukrotnie plasować się poza TOP 30 mistrzostw Polski.
I nagle jest w grupie zawodników, o których zaczynamy w ogóle rozmawiać, którzy przy dobrym skoku trafiają do górnej części drugiej dziesiątki FC. To jest zmiana. I patrząc na wysyp takich skoczków w ostatnich miesiącach, to nie może być przypadek.
I tutaj dochodzimy do sedna całej historii. Bo przez lata mieliśmy dokładnie odwrotny problem. Mieliśmy pojedynczych juniorów, pojedyncze talenty, pojedynczych zawodników, którzy potrafili wygrać FIS Cup albo walczyć o medal mistrzostw świata juniorów. Ale nie mieliśmy odpowiedniej liczby zawodników za nimi. Dzisiaj zaczyna się to zmieniać. W Pucharze Świata wciąż odczuwamy bolesne skutki dziury pokoleniowej powstałej przez całkowite zmarnowanie pokolenia, które zaczęło wystrzelać nam w 2013-2014 roku. Jednak w tych niższych ligach jako nacja coraz bardziej zyskujemy na znaczeniu, a czas gra na naszą korzyść – wreszcie doczekamy się momentu, kiedy roczniki 05+ na dobre zaczną rozdawać kadry, a tam (zwłaszcza w rocznikach od 07 w dół) dysponujemy raczej największym potencjałem obok Austriaków.
Czy zmienił się też sposób szkolenia?
Dodajmy do tego jeszcze jedną rzecz. Trudno nie odnieść wrażenia, że w jakiś sposób zmienił się również sposób szkolenia naszych skoczków. Jeszcze niedawno młodzi skoczkowie, mniej więcej do rocznika 2004, bazowali w dużej mierze na silnym odbiciu. Później zaczęło pojawiać się coraz więcej stylistów. Łukaszczyk, Byrski, Waszek, Sarniak, Malarz, ale nawet Galica, który sam zaznacza, że najlepiej czuje się na dużych obiektach. Wypisują się nieco z tego Tomasiakowie, ale oni znowu to odbicie mają tak potężne, że słabsza faza lotu ich nie dyskwalifikuje.
Ewidentnie nie jesteśmy już w sytuacji, w której typowy polski junior kojarzy się wyłącznie z bardzo mocnym odbiciem. Czy jest to bezpośredni efekt zmiany systemu szkolenia? Tego nie wiem. Możemy natomiast zauważyć, że w tym samym okresie, w którym PZN rozszerzył system szkolenia i postawił na szeroką grupę zawodników, zaczęła nam również rosnąć liczba skoczków prezentujących bardzo różne profile.
Było naprawdę blisko katastrofy
Uważam, że nasza sytuacja staje się naprawdę komfortowa, mimo że jeszcze z dwa lata temu naprawdę pachniało katastrofą. Brakowało człowieka, który wypełniłby dziurę pokoleniową pomiędzy starszyzną a nowym, utalentowanym pokoleniem. Niby był Aleksander Zniszczoł, ale nie utrzymał formy z sezonu 2023/24. Potem pojawił się Wąsek, ale również zanotował szybki zjazd, a i tak ani Aleksander ani Paweł, nie byli zawodnikami ścisłej czołówki, tylko raczej bardzo solidnymi skoczkami z pojedynczymi przebłyskami do TOP 5.
Na ratunek przyszedł Kacper Tomasiak. I jakoś cudem udaje się cały czas te nasze skoki przy życiu utrzymać. Poprzedni fantastyczny sukces na igrzyskach również na pewno jest tutaj bardzo ważny i daje naszym skoczkom trochę dodatkowego czasu. A tak jak mówię – zbliżamy się do momentu, kiedy faktycznie roczniki 2007+ powoli zaczną na poważnie wchodzić do gry. Największym zagrożeniem jest w tej chwili potencjalny scenariusz w którym okazałoby się, że Tomasiak (co w wieku 19 lat byłoby zupełnie normalne) nie jest jednak w stanie jeszcze ustabilizować formy na poziomie czołówki i następny sezon będzie dla niego słabszy. Wątpliwe, czy znów bylibyśmy w stanie wyciągnąć tak jak w 23/24 jakiegoś Zniszczoła czy Wąska z kapelusza. A Kacper to jednak generalnie fenomen, jak na dzisiejsze czasy, jeśli chodzi o to jak szybko dojrzał mentalnie jako sportowiec. To daje nadzieję, że wskoczył do czołówki na dobre.
Jest realna szansa, że niedługo nie będziemy już patrzeć na jednego zawodnika i modlić się, żeby przypadkiem nie wpadł w dołek. Nie będziemy musieli liczyć na to, że jeden junior przejdzie przez wszystkie pułapki wieku 17, 18, 19 czy 20 lat i nagle stanie się zawodnikiem na Puchar Świata. Bo jeśli jeden przepadnie, w kolejce będą następni. Zarówno ci dobrze zapowiadający się od dawna (Ko. Tomasiak, Łukaszczyk, Sarniak, Byrski, Joniak, Amilkiewicz, Malarz, trochę starszy Niżnik) jak i dotychczas głębokie zaplecze, które jednak gwałtownie rośnie (Waszek, Galica, Pieczarka, Bobak, Dubiel, Mysza i inni). Nie ma sensu wymieniać wszystkich, ale dla dopełnienia zaznaczę, że z niewymienionych punkty FC w tym sezonie mają jeszcze Jojko (68), Wróbel (51), Gruszka (23), Stękała (18), Obtułowicz (18), Węgrzynkiewicz (13) i Dzioboń (10). Więc kilku młodych, również perspektywicznych i kilku starszych rzemieślników.
Druga szansa
Wszystko wskazuje więc na to, że historia, która w pewnym momencie mogła wywoływać naprawdę dużo obaw, może zakończyć się happy endem. Uważam, że jesteśmy dzisiaj w sytuacji, którą, żeby zepsuć, naprawdę trzeba by było albo bardzo chcieć zepsuć, no albo jednak w doliczonym czasie gry zabiłaby nas ta dziura pokoleniowa. Bo na taki kompletny, kilkuletni przestój pozwolić sobie raczej nie możemy.
Czy punkty w FIS Cupie oznaczają, że za trzy lata zdominujemy Puchar Świata? Oczywiście, że nie. Austriacki model nie polega na tym, że każdy ich junior zostaje Kraftem. Polega na tym, że mając dwudziestu-trzydziestu chłopaków regularnie skaczących w międzynarodowych zawodach, tworzysz naturalną selekcję. Statystyka zaczyna pracować na twoją korzyść. I właśnie dlatego możemy wrócić na szczyt: bo po raz pierwszy od lat mamy z czego wybierać.
Nie możemy po jednym udanym lecie (właściwie po połowie lata) ogłaszać ostatecznego triumfu – skoki narciarskie widziały już zbyt wiele zmarnowanych pokoleń. Możemy jednak z pełną odpowiedzialnością powiedzieć coś innego: polskie skoki dostały drugą szansę od losu. Mamy ludzi, mamy system i mamy kim zastąpić mistrzów. Obyśmy tym razem – mądrzejsi o błędy z 2013 roku – po prostu tego nie spieprzyli, a następne – najpewniej wciąż trudne lata w Pucharze Świata – przetrwali.










