fot. Paweł Meryk Fotografia
Ale ten czas leci… Trudno uwierzyć, że za nami już połowa sezonu letniego Grand Prix. Chociaż właściwie to nie czas, tylko FIS, który skutecznie zabija letni cykl – mimo że w dalszej przyszłości skoki, żeby się rozwijać, powinny być może pójść w kierunku dyscypliny hybrydowej. Te rozważania zostawmy jednak na inny dzień.
Fakty są takie, że połowa konkursów zaplanowanych na ten sezon LGP jest już za nami, a Polacy… no cóż, nie odgrywali dotychczas w tych zawodach pierwszoplanowych ról. To jednak skrajna rzadkość, żebyśmy po wakacjach nie mieli w LGP żadnego podium, nawet mimo tego, że ostatnie sezony zimowe były dla nas drużynowo słabe. Przejdźmy zatem do podsumowania występów poszczególnych zawodników. Nie będę ukrywał, że dużym spokojem w ocenie napawa mnie obecność w sztabie Stefana Horngachera. Zaznaczam to na starcie, bo to istotne.
Kacper Tomasiak – pełny spokój
Zacznijmy od zawodnika, co do którego jestem absolutnie spokojny, a którego formy przed rozpoczęciem lata trochę się obawiałem. Mowa o Kacprze Tomasiaku. Obawy wynikały z tego, że to wciąż junior, a w tym wieku wahania formy są czymś całkowicie naturalnym. To chłopak, który wyskoczył nagle, w skrajnie szybkim tempie – na początku września 2025 roku rozmawiałem z nim po FIS Cupie w Szczyrku, potem w kilka tygodni dosłownie przeszedł rozgrywki Letniego Pucharu Kontynentalnego, aż wreszcie natychmiast stał się częścią szerokiej czołówki Pucharu Świata.
Mam wrażenie, że skoczkom, u których te wystrzały formy były tak gwałtowne, nieco ciężej jest ją utrzymać w kolejnych latach. Do tego Kacper w niezbyt przyjemnym stylu zakończył poprzednią zimę – upadkiem w Vikersund, gdzie skakał już słabiej i był wyraźnie zmęczony sezonem.
Jest jednak naprawdę okej. Kacper sam mówi, że jest typem zawodnika, który skacze tym lepiej, im bliżej zimy, a w Wiśle i tak trzymał się na poziomie czołowej dziesiątki. To taka spokojna, wakacyjna forma. Skoki nie były może superstabilne, ale ewidentnie nie ma tu mowy o żadnym kryzysie. Można spokojnie pracować w kolejnych miesiącach przygotowań, a nie w panice szukać formy sprzed kilku miesięcy, jak miało to miejsce w przypadku Pawła Wąska przed rokiem.
Maciej Kot i Paweł Wąsek – stabilność i solidna baza
Idąc dalej – Maciej Kot. On zazwyczaj w sierpniu przeżywa swój prime , więc trzeba zachować pewien dystans, ale te jego skoki ogląda się przyjemnie. Forma jest stabilna, bardzo podobna do tej sprzed roku. I to swoją drogą śmieszne, że w 2026 roku honoru swoich kadr bronią Maciej Kot i Jarkko Määttä. Policzyłem, że ostatni raz obaj znaleźli się w drugiej serii tego samego konkursu najwyższej rangi ponad dziewięć lat temu – podczas lipcowego konkursu LGP w Hinterzarten w 2017 roku! Są podstawy, by mieć nadzieję, że Kot zaliczy sezon co najmniej na podobnym poziomie co 2025/26, a zawodnik regularnie punktujący jest nam w tej chwili bardzo potrzebny.
Z kolei u Pawła Wąska wyniki można by określić jako słabiutkie, tylko że… te skoki wyglądają dobrze. Paweł ma dobre prędkości na progu, ładnie wygląda w powietrzu, więc być może fizycznie nie jest jeszcze w swoim szczycie – zresztą byłoby dziwne, gdyby był, jest sierpień. Wydaje się, że jest z czego rzeźbić; to może być solidna baza do dalszego, spokojnego szlifowania formy.
Kamil Waszek – ogromny potencjał, ale…
Trzeba też kilka słów poświęcić Kamilowi Waszkowi. Powiem wam, że ten chłopak przypomina mi trochę Andreę Campreghera z sezonu 23/24. Jego skoki wyglądają ekscytująco – jak mu powieje i trafi na swój dzień, potrafi polecieć pewnie i z 10 metrów za HS. Ale równie często, zwłaszcza przy niekorzystnym wietrze, potrafi przeokrutnie sklepać bulę. W niedzielę z warunkami trafił fatalnie i nie doleciał nawet do 90. metra.
Trenerzy mówią, że odbicie może nie jest jego najsilniejszą stroną, ale w powietrzu radzi sobie świetnie i doskonale zachowuje prędkość. To potwierdzałoby to, co widać gołym okiem: potencjał jest gigantyczny, ale to skoczek mocno uzależniony od warunków. A co najważniejsze – nie do końca wytrzymuje jeszcze te konkursy mentalnie. Skoro sztab szkoleniowy twierdzi, że tego lata na większości treningów jest najlepszym polskim skoczkiem, to na pewno tak jest, bo nikt nie rzucałby mu takich słów na wiatr i nie wywierał presji dla żartów. Nie da się też przypadkiem oddać takich skoków, jakie wychodziły mu w niedzielę w Wiśle czy na jednym z treningów w Courchevel, kiedy potrafił wepchnąć się do austriackiego przeplatańca w ścisłej czołówce.
Pamiętajmy też, jaki to dla niego przeskok: zimą 2025 roku był za słaby na FIS Cup, zeszłej zimy zaczynał w Pucharze Kontynentalnym i zazwyczaj nawet tam nie punktował. Długo był częścią głębokiego zaplecza, wyjazdy na MŚ juniorów były poza zasięgiem, a nagle w wieku 20 lat robi gigantyczny postęp, rywalizuje z gwiazdami i ma być najlepszym polskim skoczkiem. Nawet największe wariaty śledzące Alpen Cup półtora roku temu co najwyżej go „kojarzyły”, a teraz w mediach jego nazwisko odmienia się przez wszystkie przypadki.
Niech to lato będzie dla niego poligonem doświadczalnym i nauką walki z presją. Pracy zwłaszcza w sferze mentalnej jest sporo, ale słabsze konkursy w żadnym wypadku nie oznaczają, że radość z jego pojedynczych skoków była pomyłką – takie momenty po prostu pokazują jego sufit.
Aleksander Zniszczoł i Klemens Joniak
Aleksander Zniszczoł pozytywnie mnie zaskoczył. Niby Courchevel to skocznia i warunki kompletnie nie pod niego, ale skakał równo, w miarę solidnie, bez fajerwerków i wciąż jak zwykle nieco lepiej na treningach. Jeśli tylko głowa dojedzie – a psychika była niestety jego problemem przez większość kariery – to jest na dobrej drodze, by wyjść z kryzysu i znów zadomowić się w Pucharze Świata. To wciąż wcale nie stary zawodnik z dużym potencjałem. Tylko, że też jego forma zazwyczaj zaczynała spadać jesienią po udanym sierpniu, a potem powoli rósł (lub nie, zależnie od sezonu) w trakcie zimy, zwłaszcza w okolicach TCS-u. To jednak jasny sygnał, że poprzedni słaby sezon nie musi, a wręcz nie powinien oznaczać końca kariery na solidnym poziomie.
Jedynym zawodnikiem, wobec którego czuję realny niepokój, jest Klemens Joniak. W sobotnim konkursie i kwalifikacjach miał pecha do wiatru, ale w niedzielę sytuacja wyglądała zupełnie inaczej, a skok na 107. metr był po prostu fatalny. W przeciwieństwie do Wąska, u którego wizualnie wszystko wygląda super, tylko odległości brakuje, tutaj ewidentnie widać, że jest nad czym pracować. Paniki nie ma, bo czasu jest sporo, ale po latach bardzo regularnego progresu można było się spodziewać lepszej formy.
A przypadków takich zawodników jak Dawid Kubacki, Piotr Żyła czy Jakub Wolny chyba nawet nie ma sensu omawiać. Każdy dobry skok zimą będzie po prostu miłą niespodzianką – trudno mi czegokolwiek od nich oczekiwać.
No i co? Byle do Rasnova! Chociaż wcześniej czeka nas jeszcze FIS Cup w Szczyrku, gdzie być może dowiemy się nieco więcej o formie naszego zaplecza.
Podoba Ci się nasz portal? Subiektywnie o Skokach to studencki projekt funkcjonujący w 100% niezależnie. Jeśli chcesz wrzucić symboliczną kwotę do skarbonki na utrzymanie serwera i rozwój portalu, możesz zrobić to *tutaj*. Dziękuję!










