Fot. Paweł Meryk Fotografia
Za nami dwa weekendy LGP oraz inauguracja cyklu FIS Cup. Do zimy jeszcze daleko i wiele może się zmienić, jednak już na tym etapie letniego sezonu postanowiłam po raz kolejny przyjrzeć się sytuacji na słoweńskim zapleczu i w ramach aktualizacji oraz uzupełnienia tego tekstu, przeanalizować stan słoweńskich skoków i wysnuć jakieś wnioski.
Zimowy sezon 2025/26 przebiegał pod znakiem wspaniałych sukcesów Domena Prevca, któremu udało się skompletować wszystkie najważniejsze trofea w skokach narciarskich i z największą przewagą w historii zdobyć Kryształową Kulę. Kolejny sezon na bardzo wysokim poziomie zaliczył też Anže Lanišek, który zamknął TOP5 klasyfikacji generalnej. Liderzy kadry razem zgromadzili aż 3157 punktów, co stanowi zawrotne 90% punktów zgromadzonych w konkursach indywidualnych przez wszystkich słoweńskich skoczków i 72% całego dorobku tej reprezentacji w Pucharze Narodów. To właśnie wkład tych dwóch zawodników wprowadził Słowenię na drugą pozycję w klasyfikacji drużynowej. Trudno oprzeć się wrażeniu, że bez Prevca i Laniška kadra ta zupełnie by przepadła. Potwierdzenie tej wizji możemy zresztą znaleźć w rezultatach dwóch pierwszych weekendów Letniego Grand Prix, po których Słoweńcy w Pucharze Narodów znajdują się na dziewiątej pozycji, za Kazachstanem i Estonią.
Nie tylko ta sytuacja jest sygnałem ostrzegawczym dla następców liderów kadry. W ostatnim czasie Słowenia za sprawą słabych rezultatów osiąganych w LGP utraciła przysługującą jej od lat kwotę startową na zawody najwyższej rangi wynoszącą pięciu zawodników. Odkąd Sandro Pertile zmienił limity startowe w 2023 roku, Słoweńcy aż dotąd ani razu nie mieli tak małej kwoty. Większym jednak problemem jest fakt, że trudno o zawodnika, który ten stan rzeczy mógłby zmienić.
Poza trójką gwiazd reprezentacji Słowenii, którą oprócz Laniška i Prevca stanowi Timi Zajc, w swoich szeregach obecnie posiadają tylko jednego zawodnika zdolnego do w miarę regularnego punktowania w zawodach najwyższej rangi. Zawodnikiem tym jest Rok Oblak, 40. skoczek minionego sezonu, któremu w Wiśle udało się stanąć na podium LGP. To niewątpliwy promyczek nadziei dla następców liderów kadry, niestety poza tym jednym rezultatem Oblak spisywał się mocno przeciętnie. Jak dotąd jest jednak ostatnim zawodnikiem, który dał argumenty trenerom, by regularnie powoływali go na najważniejsze zawody. Dlatego nasuwa mi się wniosek, że ta utrata piątego miejsca startowego dla Słowenii niestety nie zmienia praktycznie nic. Poza najlepszą czwórką w zeszłym sezonie zapunktowali jedynie Žak Mogel oraz Žiga Jančar, którzy wspólnie uzbierali marne 17 punktów. I to powinno być bardzo mocnym sygnałem ostrzegawczym. Fakt, że zrównanie kwoty startowej jednej z absolutnie topowych reprezentacji świata z kadrą Estonii, niemającej nawet czterech skoczków z prawem startu w PŚ, na chwilę obecną wydaje się czynnikiem kompletnie obojętnym dla rezultatu Słoweńców w wymiarze drużynowym. Jest to sytuacja stawiająca Słoweńców w naprawdę kiepskim położeniu.
Kto może sprawić, że ponownie kadra ta zyska silną drużynę, a konkurencja wewnątrz niej będzie naprawdę mocna? Od wielu lat Słowenii nie brakuje talentów, które jednak niestety coraz częściej się marnują. W latach 2022-2023 swoje najlepsze momenty przeżywał Žiga Jelar. W 2022 zdobył on Małą Kryształową Kulę, a rok później wraz z drużyną wywalczył złoty medal na Mistrzostwach Świata w Planicy. Na Kulm poleciał aż 247,5 metra, jednak nie zdołał ustać skoku. Wydawało się, że będzie rozwijał się dalej w dobrym kierunku. Niestety, rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Zima 2023/24 była już dla niego fatalna, a w ubiegłym sezonie nie zapunktował w PŚ ani razu. W 2025 roku doznał również kontuzji, która zabrała mu wiele okazji do startu. Jelar miał naprawdę duży potencjał na lata stabilnych wyników w Pucharze Świata i trudno powiedzieć, co sprawiło, że wpadł w dołek. Zważywszy na to, że niedługo skończy 29 lat, pozostało mu niewiele czasu na to, by z niego wyjść. W mojej osobistej opinii niestety Žiga jest już na prostej drodze do zakończenia kariery. Obym się myliła.
Podobnie wygląda sytuacja 2 lata młodszego Lovro Kosa, choć u niego proces przebiegał szybciej. Na początku – regularne postępy. Debiut w PŚ w 2021, rok później pierwsze podium, następnie solidnie przepracowany sezon 2022/23 i drużynowe złoto MŚ, a w 2024 dwa zwycięstwa i lokata w TOP10 klasyfikacji generalnej. Wszystko wyglądało jak należy, wzorcowa droga na szczyt. I to zawaliło się niestety bardzo szybko. Zima 2024/25 to w wykonaniu Kosa przeplatanka niezłych wyników z beznadziejnymi. Początek sezonu był w jego wykonaniu fatalny, zdobywał jedynie pojedyncze punkty. Pod koniec było już lepiej, zdarzyły się nawet lokaty w TOP10, a niezłe skoki na MŚ pomogły Słoweńcom obronić tytuł w zawodach zespołowych. To niestety nie przyniosło efektów w kolejnych miesiącach i przez cały sezon 2025/26 nie potrafił przebić się do punktowanej trzydziestki. Ostatnie beznadziejne rezultaty LGP nie wskazują, żeby następnej zimy miało się to zmienić.
Jeszcze w sezonie 2022/2023 roku w klasyfikacji generalnej PŚ sklasyfikowanych było dziesięciu słoweńskich zawodników. Kolejnej zimy – ośmiu, z czego aż pięciu w TOP20. Wszyscy z tych pięciu wygrali w tamtym sezonie przynajmniej jeden konkurs. Ubiegłej zimy punkty do generalki zdobywało sześciu słoweńskich zawodników. Trzech, i to ledwo, zmieściło się w TOP30. Może 27 miejsc na podium wygląda niesamowicie imponująco, ale jest to dorobek wyłącznie Laniška oraz Domena Prevca, który zdominował niemal cały sezon. Timi Zajc po otrzymaniu czerwonej kartki w połowie TCS ani razu nie zmieścił się w czołowej dziesiątce konkursu. I to pomimo faktu, że 5 z nich odbywało się na skoczniach do lotów narciarskich, na których Zajc zawsze spisywał się bardzo dobrze.
Rok po roku kolejni zawodnicy skaczą coraz słabiej. Nazwiska jak Rok Masle, Maksim Bartolj czy Matija Vidić przebijały się w świecie skoków, by potem zniknąć. Być może jednym z powodów pogorszenia kondycji słoweńskich skoczków są zmiany w przepisach dotyczących kombinezonów, które weszły w życie w sezonie 2025/26. Niewątpliwie wpłynęły one na technikę niektórych zawodników, ale prawdą jest, że regres słoweńskiego zaplecza rozpoczął się znacznie wcześniej.
Sezon 2021/22 był momentem szczytowym dla Słowenii jako drużyny. Po raz pierwszy w historii Puchar Narodów mieli niemal na wyciągnięcie ręki – zabrakło do niego zaledwie 47 punktów. W pierwszym konkursie w Planicy gospodarze zajęli cztery czołowe pozycje, a w klasyfikacji PŚ aż trzech zmieściło się w TOP10, a sześciu w TOP20. Słoweńcy z obu imprez docelowych tamtej zimy przywieźli dwa złota i dwa srebra. Wydawało się, że może być jeszcze lepiej, jednak to właśnie ten moment wydaje mi się kluczowy. Już kolejnej zimy trzech zawodników zakończyło karierę, w tym 10. W edycji 2021/22 Cene Prevc. Rok później odszedł Peter Prevc, a kolejni skoczkowie popadali w kryzys. Cały ten proces doprowadził do stanu obecnego, w którym dwaj skoczkowie dźwigają ciężar wyników całej druzyny. Zwłaszcza, że cała uwaga skupiła się na liderach, podczas gdy w ciągu tych kilku lat nie pokazał się żaden nowy talent z niższych kadr.
Teraz trochę suchych faktów z niższych lig. W sezonie 2021/22 trzech Słoweńców znalazło się w TOP10 generalki. Rok później tylko jeden. Ubiegła zima pod tym względem była jednak wyjątkowo fatalna. Najwyżej sklasyfikowany na zapleczu PŚ był Enej Faletič, który zajął dopiero 19. Pozycję! Jednocześnie był to jeden z zaledwie dwóch słoweńskich juniorów którzy w ogóle punktowali w tej randze. Mimo to ani razu nie dostał szansy w Pucharze Świata, chociaż Žak Mogel i Žiga Jančar dostawali ich wiele, a punktów praktycznie nie zdobywali. Czerwona kartka Jančara zmniejszyła Słoweńcom limit startowy na Planicę, więc jeden z najbardziej obiecujących zawodników zaplecza nie został powołany nawet w ramach grupy krajowej. Regularnie startował za to w juniorskim cyklu Alpen Cup, który pewnie wygrał. Pytanie tylko, po co w ostatnim swoim juniorskim sezonie rywalizował z młodszymi i słabszymi od siebie rywalami, gdy w tym samym czasie mógł zdobywać doświadczenie wśród najlepszych? Chyba nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie. Obecnie zamiast robić postępy, Faletič skacze na poziomie szerokiej czołówki zawodów FIS Cup, co nie jest wystarczające na realia Pucharu Świata.
Obecnie skoczkiem, który ma największą szansę na przywrócenie swojej reprezentacji pełnej puli zawodników, jest Žiga Jančar. Potrzebowałby jednak do tego zdobycia około 30 punktów w ostatnich konkursach LGP, przy założeniu, że jego główny rywal, Felix Trunz, nie będzie punktował. Jeśli będzie, 21-latek musi ich zgromadzić o te 30 więcej. Nie wydaje się to bardzo trudnym zadaniem, jednak zważywszy na to, że Jancar w dotychczasowych 4 konkursach letniego cyklu zdobył ich zaledwie 36, a w Klingenthal z dużą dozą prawdopodobieństwa wystąpi światowa czołówka, realny wydaje się scenariusz, w którym Słoweńcy przez pierwszy period PŚ będą jeździć w czwórkę. Niewiele za plecami Jančara w liście przydziału kwot na PŚ znajduje się Enej Faletič. Czy on ma szansę uratować Słowenii limit? Trudno powiedzieć, gdyż jego pierwszy i ostatni występ w zawodach najwyższej rangi, poniekąd zupełnie udany, miał miejsce już rok temu i niełatwo jest porównać jego dyspozycje z zawodnikami startującymi w LGP częściej. Zwłaszcza iż nie mamy żadnej gwarancji, że 20-latek dostanie choć jedną szansę, by o ten limit w LGP powalczyć.
Słoweńscy juniorzy, tacy jak Urban Šimnic, Mai Zakelšek czy Jaka Kramer to zdolni zawodnicy z dużym potencjałem, który jednak jak dotąd w dużym stopniu jest niewykorzystany. Trenerem kadry młodzieżowej jest obecnie Gorazd Bertoncelj, który w latach 2018-2020 prowadził główną reprezentację, bez powodzenia. Odszedł w atmosferze skandalu w czasie trwania Mistrzostw Świata w lotach w 2020. Wyniki osiągane przez słoweńskich zawodników za jego kadencji były niezadowalające, pomimo tego Bertoncelj został nominowany na trenera juniorów w 2024. Rozwiązanie, które już raz nie zadziałało, ponownie okazuje się niewypałem, a słoweńskie skoki zmierzają coraz szybciej w stronę upadku i wielu lat walki o powrót do ścisłej czołówki światowej.
Podsumowując, Słoweńcy pomimo pozornie silnej pozycji na arenie międzynarodowej znaleźli się w bardzo trudnym położeniu. Jeżeli nie zostaną podjęte skuteczne kroki w kierunku odbudowy kadry B oraz młodzieżówki, druga drużyna ubiegłego sezonu może stracić znaczenie w światowych skokach i przez lata pozostawać w cieniu takich drużyn, jak Austria, Norwegia, Japonia, czy nawet Polska – gdyż nasza drużyna ma w swoich szeregach juniora – medalistę olimpijskiego, który może utrzymywać się na wysokim poziomie przez wiele lat. Słoweńcy mają wielu młodych zdolnych zawodników, jednak żaden jak dotąd nie miał szansy wykorzystać pełni swoich możliwości. W niektórych przypadkach jest już za późno. Czy po zakończeniu kariery przez Laniška i Domena Prevca Słoweńcom uda się zbudować silną drużynę i dalej liczyć się w walce o najwyższe trofea? Obecnie trudno w to uwierzyć, ale historia pokazała, że w skokach niczego nie można być pewnym, a niektóre przypadki potrafią być naprawdę zaskakujące. Wiem, że wyników nie będzie bez ciężkiej pracy i podejmowaniu słusznych decyzji. Oby takich było jak najwiecej w słoweńskiej kadrze.










