fot. Kai Taller/Arena Akcji
Po niezwykłych Igrzyskach przyszedł czas na powrót do rzeczywistości. Pierwszym przystankiem po przerwie był „mamut” Kulm, położony gdzieś między Tauplitz i Bad Mitterndorf. Ten weekend to był prawdziwy rollercoaster dla kibiców skoków, w sobotę powodując frustrację i złość, a w niedzielę radość z dalekich lotów.
W sobotę śledząc to pożal się Boże widowisko miałam ochotę oficjalnie ogłosić pogrzeb i stypę dla lotów narciarskich. Już raz w tym sezonie musieliśmy znosić wypaczanie widowiska i żonglowanie belkami przy średnich odległościach podczas MŚ w lotach w Oberstdorfie. To, co się tam działo, stanowiło absolutną antyreklamę teoretycznie najbardziej atrakcyjnej konkurencji w tym sporcie. Niestety, na początku pierwszego tej zimy weekendu PŚ w lotach było jeszcze gorzej.
Jako że delegatem technicznym w Austrii był ten sam człowiek co podczas lotniczego czempionatu, mogliśmy się od początku spodziewać zachowawczego ustawienia rozbiegu i notorycznego obniżania belki tylko dla Domenatora. Aljosa Dolhar te przewidywania w sobotę wypełnił w 110 procentach. Seria próbna była znośna, Domen nawet huknął 238,5 metra. Ale w konkursie wiatr w plecy się wzmógł. A belka? Oczywiście pozostała ta sama. Chociaż, rzecz jasna, nie dla lidera PŚ. Ale o tym zaraz. Dość powiedzieć, ze niedostosowanie długości najazdu do warunków poskutkowało tym, że próby ledwo za 180 metrów wystarczały do awansu do finału.
Najdłuższy skok pierwszej serii wyniósł 223 metry. 223 metry na obiekcie HS235! 12 metrów przed rozmiarem i 21 przed rekordem skoczni. Dla Dolhara nie był to żaden argument, nie tylko do tego by podwyższyć belkę, ale i żeby nie obniżać jej Domenowi. Słoweński delegat przy fatalnym poziomie konkursu i utrzymującym się wietrze w plecy puścił swojego rodaka z rozbiegu krótszego o 2 stopnie. W efekcie najlepszy lotnik świata wycisnął 213,5 metra. I tak był drugi.

Fot. Kai Taller
Seria finałowa to też był niezły stan umysłu. 16 z 30 skoczków w ogóle nie doleciała do 200. Metra. Połowa stawki nie byla w stanie osiągnąć punktu K, a jury nie widziało powodu, by im to umożliwić. Jonasowi Schusterowi do podium wystarczyło 204,5 metra. I to dało mu ponad 10-punktową przewagę nad czwartym Tschofenigiem! Ten spektakl żenady zdołał przerwać Prevc, bo łaskawie nie obniżono mu belki. Oddał najdłuższy skok konkursu (choć to dalej było 6,5 metra przed HS) i wziął, co jego, tym razem minimalnie pokonując Embachera. 213,5 i 228,5 metra wystarczyło do zwycięstwa, a 215,5 i 204,5 do podium. Parodia lotów narciarskich.
Zdegustowana i pełna frustracji nie miałam żadnych oczekiwań przed niedzielnymi zawodami. Zresztą z przyczyn niezależnych zdążyłam zobaczyć tylko ich końcówkę, plus powtórkę najlepszych skoków pierwszej serii. Wprawiło mnie to w duże zdziwienie, ale i radość. Na szczęście dla wszystkich (może oprócz Dolhara, któremu wyjątkowo nie udało się zepsuć widowiska) wiatr w niedzielę się odkręcił i wiał pod narty. Już w kwalifikacjach Domen skoczył aż 240,5 metra. W pierwszej serii Embacher poleciał za 240, a lider PŚ (oczywiście ze skróconego najazdu) wylądował telemarkiem na 238. Metrze. Po sobotnim zimnym prysznicu było to jak pierwszy promyk słońca po ulewie.
A druga seria była jeszcze mocniejsza. Tuż przed finałem TCS zastanawiałam się, jakie rekordy mógłby Domen pobić w tym sezonie. I przyszło mi do głowy, że rekord Kulm skończy już 10 lat, co czyniło go najstarszym wśród obiektów do lotów. I pomyślałam, że milo by było, gdyby lider PŚ go pobił. Choć po sobotnim ciężkostrawnym konkursie chyba nikt się tego nie spodziewał, tak właśnie się stało! 245,5 metra, półtora metra dalej od Petera. Domen ma już rekordy 3 z 4 mamutów. Do tego dołożył 6. Zwycięstwo z rzędu. To najdłuższa seria w historii, którą Słoweniec osiągnął jako szósty zawodnik. Jako pierwszy za to skompletował trzy dublety z rzędu. Jednak jako że po drodze były Igrzyska i MŚwL (z których Domen również przywiózł po indywidualnym złocie), to musiał kompletować tę serię już od połowy stycznia. I to, co nie udało się w pierwszym periodzie, zdołał zrobić teraz.

Fot. Kai Taller
Po opisaniu konkursów przejdę do innych aspektów wiążących się z tym weekendem. Pierwszy jest wyjątkowo nieprzyjemny dla polskich kibiców. Igrzyska się skończyły, Kacper Tomasiak przygotowuje się w domu do Mistrzostw Świata Juniorów, toteż Polacy zaliczyli solidne zderzenie ze ścianą. W sobotę tylko Stoch punktował, w niedzielę tylko Żyła. Piotr przynajmniej skończył w TOP10, ale Biało-Czerwoni zdołali w ten weekend uciułać ledwie 34 punkty. W Pucharze Narodów ledwie przekroczyliśmy 1000 punktów, mamy ich mniej niż w Pucharze Świata Domen Prevc i Ryoyu Kobayashi. Loty nigdy nie były specjalnością polskich skoczków, jednak ten weekend dobitnie pokazał nam, w jakim miejscu bylibyśmy, gdyby nie Tomasiak. Doprawdy, z tym Kacprem wygraliśmy los na loterii. Choć obawiam się, że teraz będzie on musiał samotnie dźwigać na swoich barkach los polskich skoków przez lata. Cóż, przyszłość pokaże.

Fot. Paweł Meryk Fotografia
A najbliższą przyszłością są Mistrzostwa Świata Juniorów, które mogą być najciekawsze od lat. Walka między Embacherem i Tomasiakiem zapowiada się fascynująco. Moim zdaniem jednak lepszy będzie Kacper. Dlaczego? Możecie o tym przeczytać tutaj. Ale te mistrzostwa mają i swoją negatywną stronę. Będą się odbywać w tym tygodniu od środy do niedzieli. To oznacza, że Kacpra nie będzie w Lahti. Jestem niezmiernie ciekawa, ile punktów w takim układzie nazbierają Polacy, i które miejsce zajmą w duetach. Niedługo się przekonamy.
Teraz chwila uwagi dla jednego z największych bohaterów weekendu, Tomofumiego Naito. Dwóch Japończyków miało problemy z dotarciem na Kulm. Nikaido niestety utknął w Dubaju i pozostaje mieć nadzieję, że ta sytuacja szybko się rozwiąże. Naito natomiast zdołał przylecieć do Austrii, jednak bez nart. Te pożyczył od Julesa Cherveta i dokonał czegoś niesamowitego – 3 razy pobił rekord życiowy, oddał drugi najdłuższy skok weekendu (242,5 metra) i ledwie o 0,3 punktu przegrał podium. Czapki z głów dla niego, to się nie mieści w głowie. 33-letni gość, który w tym roku debiutował na mamucie, ledwo dociera na zawody, skacze na nie swoim sprzęcie i o mało nie staje na podium. Piękna historia.
Czas więc na parę słów o pierwszych podiach w ten weekend. W sobotę swoją premierową wizytę w TOP3 zaliczył Jonas Schuster. Może nie zrobił tego w spektakularnym stylu, ale jednak. Syn Wernera Schustera jest piątym Austriakiem w tym sezonie, i pierwszym na świecie zawodnikiem urodzonym w 2003 roku, który dokonał tej sztuki. W niedzielę natomiast wpadło premierowe tej zimy podium indywidualne dla Norwegów. Jeszcze niedawno byłoby to nie do pomyślenia, że dopiero w 22. Zawodach sezonu nadarzy się okazja do pierwszego miejsca w TOP3 dla Skandynawów. I to takiego ledwo, ledwo, bo Forfang wspomnianego wyżej Naito pokonał o niespełna pół punktu.
Na koniec zostawiam sobie jedną kwestię. Domen wygrał 6 razy z rzędu i w Lahti stanie przed szansą, by jako pierwszy w historii przedłużyć tę serię do 7. Wielu zadaje sobie pytanie, czy zdoła to zrobić. Zabiorę więc głos w tej dyskusji. Moim zdaniem nie ma na to większych szans. I to nie tylko dlatego, że choć wielu próbowało, nikomu się to nie udało. Po prostu Domenator ma z Salpausselką jakiś szczególny problem. Tylko raz na skoczni dużej wskoczył tam do TOP20 – był trzynasty w 2024. W debiucie na MŚ w 2017 tak przybulił, że już po jednym skoku odesłano go do domu. Jego drugim najlepszym rezultatem na tym obiekcie jest 26. Lokata. W zeszłym roku między genialnym Vikersund i jeszcze bardziej genialną Planicą, w Lahti był dopiero 28. Dlatego też będę pełna podziwu, jeśli w ogóle stanie tam na podium, a jak wygra, to będę już naprawdę pod ogromnym wrażeniem. Zwłaszcza, że w Finlandii czeka nas absurdalny, planowo jednoseryjny konkurs w zastępstwie za Rukę. To znaczy, że nie będzie można zaatakować w drugiej serii, toteż rezultaty mogą być osobliwe.
To już wszystko, jeśli chodzi o pierwszy poolimpijski weekend PŚ i powiązane z nim przemyślenia. Gdy już przemęczymy beznadziejne (jak dla mnie) Lahti i Oslo, obyśmy byli świadkami lotów podobnie efektownych do niedzielnych na Kulm. Choć w Vikersund może być z tym różnie (bo skocznia została popsuta kilka lat temu, a na domiar złego delegatem technicznym będzie Dolhar), to jednak w Planicy jest szansa na świetne loty, co pokazał rok 2025. Oby Domenator zapewnił nam jeszcze wiele pozytywnych emocji, tego życzę wszystkim kibicom skoków.











Leave a Reply