Subiektywnie o skokach

Bądź na bieżąco ze światem skoków

TOP 10 największych rozczarowań sezonu 2025/26

fot. Kai Taller/Arena Akcji

Sezon olimpijski 2025/26 przeszedł do historii. Dla jednych był spełnieniem marzeń, dla innych brutalnym zderzeniem z rzeczywistością. Dziś przyjrzymy się zawodnikom, którzy prezentowali się zdecydowanie poniżej kibicowskich – i zapewne również własnych oczekiwań. Oto mój subiektywny ranking 10 największych rozczarowań minionej zimy. Od stosunkowo młodych talentów, które przestały rokować, po legendy, które nagle zaliczyły spektakularny zjazd.

10. Erik Belshaw

Kryzys formy Belshawa trwa tak naprawdę od lata 2024. Przed rokiem był jednak w stanie wyszarpać przynajmniej te 26 punktów, a sezon olimpijski? Nie tylko nie zdobył w nim żadnych punktów, ale nie był nawet blisko. Na siedemnaście prób, najwyżej był 40. w Wiśle. A przecież jeszcze w 2024 rokiem potrafił regularnie punktować, zajmując chociażby 8. miejsce w Planicy, czy 12. w Oberstdorfie. Na pocieszenie – wciąż jest młody, bo w sierpniu skończy 22 lata.

9. Sakutaro Kobayashi

Przepadł nam gdzieś w trakcie Turnieju Czterech Skoczni. Dotychczas jego sportowy rozwój, odkąd przerzucił się z kombinacji na skoki, przebiegał wręcz harmonijnie. Lato wskazywało, że tej zimy musi poczynić kolejny ważny krok w przód. Zajął 2. miejsce w klasyfikacji Letniego Grand Prix, wygrywając po drodze słabo obsadzony konkurs w Rasnovie. Ostatecznie paliwa starczyło tylko na Lillehammer, gdzie był 17. i 28. Później punktował już tylko sporadycznie i łącznie zgromadził 40 punktów – czyli prawie dwa razy mniej, niż przed rokiem.

8. Jakub Wolny

W sezonie 2024/25 nawet jeśli jego forma była kompletnie niestabilna, to Wolny przez całą zimę był pewnym punktem kadry, w pojedynczych skokach dobijając nawet do czołówki. Tutaj zaliczył w pewnym momencie zjazd do FIS Cup i nawet tam miewał problemy z punktowaniem. Końcówka kampanii jednak dużo lepsza – na trzy ostatnie konkursy PK, trzykrotnie meldował się w dziesiątce. Przyznał, że na kryzys jego formy wpłynęły pewne sprawy prywatne.

7. Stefan Kraft

Według mnie najgorszy sezon Krafta od dwunastu lat. Co prawda początek miał świetny, raz nawet wygrał, ale po Turnieju Czterech Skoczni tylko dwa razy plasował się w czołowej dziesiątce. A igrzyska? To już w ogóle jakaś kompletna katastrofa – 27. i 36. miejsce. Biorąc pod uwagę, że medal igrzysk jest ostatnim trofeum, którego Kraftowi brakuje do skompletowania Wielkiego Szlema, spodziewałem się czegoś zupełnie odwrotnego. Tutaj nie trafił z formą, ale i chyba ze sprzętem, bo spektakularny był ten chwilowy zjazd Austriaków, przypadający akurat na imprezę czterolecia.

6. Jan Hoerl

Ktoś jeszcze pamięta, że Hoerl miał zdominować ten sezon? Z tego co widziałem, dla wielu kibiców przed sezonem to własnie on był głównym kandydatem do zgarnięcia Kryształowej Kuli. Ostatecznie nie wygrał ani razu, „tylko” trzykrotnie wskakując na podium. Do tego, aż dziewięć indywidualnych konkursów opuścił przez kontuzję kolana. Na pocieszenie, zdobył złoty medal igrzysk olimpijskich w konkursie duetów.

5. Andreas Wellinger

Ostatecznie jakkolwiek uratował tę zimę solidnymi występami w lutym i marcu, ale na początku można było sobie zadać pytanie: jak to możliwe, że skoczek tej klasy, bez „pomocy” żadnej kontuzji nagle oduczył się skakać? Na trzynaście pierwszych występów tylko dwa razy zakwalifikował się do drugiej serii. Pod koniec zimy jednak zanotował kilka miejsc w TOP 10 i uzbierał 331 punktów, co i tak jest jego zdecydowanie najsłabszym wynikiem od czterech lat.

4. Aleksander Zniszczoł

Kolejny polski skoczek, który latem zaliczył spektakularny zjazd. Tylko siedem punktów Pucharu Świata i brak powołania na igrzyska to scenariusz, który zapewne nie jawił się Aleksandrowi nawet w najgorszych koszmarach. Przez poprzednie trzy sezony był pewnym punktem polskiej kadry, dwukrotnie stając nawet na podium.

3. Paweł Wąsek

Przykro się oglądało męczarnie skoczka, który jeszcze w sezonie 2024/25 był częścią światowej czołówki, będąc nawet na podium w Lahti. Zdarzały się co prawda przebłyski niezłego skakania – na szczęście taki epizod przypadł na igrzyska, na których Wąsek zdobył srebrny medal w konkursie duetów, ale w Pucharze Świata uzbierał tylko 64 punkty. To dorobek blisko dziesięciokrotnie mniejszy, niż ten z ostatniej zimy za kadencji trenera Thurnbichlera.

2. Timi Zajc

Co prawda Timi utrzymał się w szerokiej czołówce. Ale po pierwsze, Zajc wchodzi w teorytycznie najlepszy wiek dla skoczka narciarskiego. Niedługo będzie obchodził 26. urodziny, nikt raczej nie spodziewał się kryzysu w takim momencie. Po drugie, Słoweniec ze skoczka chyba najbardziej widowiskowego, szalonego obok Domena Prevca, stał się do bólu przeciętny. On zawsze strasznie kojarzył mi się z Robertem Kranjcem. Nawet jeśli był w kiepskiej formie, to przynajmniej na lotach zawsze był w stanie pokazać coś ekstra i powalczyć o podium. A tu zagubił nawet ten swój gen lotnika. Jego najlepszy tegoroczny występ na „mamucie” to…19. miejsce z Tauplitz i Planicy.

1. Lovro Kos

Chyba najbardziej spektakularny zjazd tego sezonu. Kolejny Słoweniec, który ma problem z tym, by utrzymać się w czołówce – choć przecież doskonale wiemy, że dysponuje ogromnym potencjałem. W sezonie 2023/24 potrafił wygrać dwa konkursy. Rok później był już dużo słabszy, choć dobrą drugą częścią sezonu nazbierał chociaż 150 punktów. Olimpijski sezon nie tylko skończył bez punktów, ale Kos nie załapał się nawet do krajówki w Planicy. A powiedzmy sobie szczerze, konkurencja jak na czołową nację i tak była marna. Zimę zakończył passą czterech konkursów Pucharu Kontynentalnego zakończonych poza czołową trzydziestką.

A kogo Wam najbardziej brakowało w tym sezonie w czołówce? Dajcie znać w komentarzach!

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *