Fot: TVP SPORT
Za nami niezwykle emocjonujące zawody olimpijskie na skoczni normalnej. Medal Tomasiaka był niewątpliwie wydarzeniem tygodnia, lecz mogliśmy się też przekonać, że srebro wcale nie zawsze musi cieszyć. Ale zacznijmy od początku.
Muszę przyznać, że nie lubię skoczni normalnych. Tutaj często decydują detale, rekompensaty, sędziowie, belki, a odległość nie ma aż tak istotnego znaczenia – skok na 102 metry może Ci dać miejsce pierwsze lub dwudzieste pierwsze. Oprócz tego, że widowiskowo jest to raczej nudne, to również i mało czytelne. Jednak tym razem od początku było dosyć… osobliwie. No bo kto by przypuszczał, że Vilho Palosaari, człowiek, który nie zdobył w tym sezonie żadnego punktu PŚ i zdaniem wielu nie powinien w ogóle jechać na Igrzyska, wygra jedną z oficjalnych serii? Nawet jeśli czwartkowe treningi były traktowane przez czołówkę ulgowo, a Słoweńcy nawet nie wzięli w nich udziału (od początku uważałam, że to zła decyzja, i koniec końców się nie obroniła), pokonanie takich zawodników jak Stefan Kraft, Philipp Raimund czy Ren Nikaido na pewno było osiągnięciem. Z naszej kadry od początku świetnie prezentował się Tomasiak, ale z resztą było gorzej.
U kobiet niespodzianek nie było i od początku równo i dobrze skakała Nika Prevc. To właśnie Nika miała zostać mistrzynią olimpijską – w końcu serię próbną przed zawodami wygrała z dużą przewagą. Słowenka oddala dwa dobre skoki, ale lepsza tego dnia – lepsza o zaledwie 1,1 pkt – była Anna Odine Stroem. I to srebro, które przypadło w udziale dominatorce kobiecych skoków, było dla niej trudne. Rozczarowanie na twarzy 20-łatki było bardzo widoczne. Ale trudno się dziwić – dziewczyna idzie po trzecią Kryształową Kulę z rzędu, jest najlepsza na treningach, i finalnie zdobywa „tylko” srebro. Musiała się bardzo denerwować, co zresztą było widać. Ogromna presja nie jest dobrym czynnikiem dla młodej dziewczyny. Nika potrzebowała czasu, by docenić srebrny medal.
Czasu potrzebował też Kacper Tomasiak, ale nie żeby docenić medal, ale żeby w ogóle dotarło do niego, że go zdobył. Nasz supertalent pokazał tę najlepszą stronę srebra, które w tak marnym dla reprezentacji sezonie smakuje jak złoto. Technika Kacpra jest stworzona na skocznie normalne, a sam 19-latek w tych zawodach oddał dwa naprawdę niesamowite skoki, wprawiając w euforię całą Polskę. Warto wspomnieć, że do tej pory Tomasiak nie był w Pucharze Świata wyżej niż 5., jeszcze pół roku temu stawał na podium w zawodach FIS Cup, a dziś jest wicemistrzem olimpijskim. W swoim debiucie dokonał tego, czego przez lata swojej kariery nie były w stanie osiągnąć takie legendy tej dyscypliny jak Janne Ahonen czy Stefan Kraft, zdobył też medal olimpijski wcześniej niż Domenator. Mogłabym się jeszcze na ten temat rozpisywać, ale ponieważ robi to już cały Internet, przejdę do innych intrygujących aspektów tych zawodów.
Przede wszystkim niesamowity sukces polskiego młodzieńca trochę przysłonił nam inne niecodzienne wydarzenia w konkursie na skoczni normalnej. Tutaj złoty medal zdobył Philipp Raimund, który w Predazzo wygrał najwięcej treningów, za to nigdy nie wygrał konkursu PŚ! Po raz ostatni taka sytuacja miała miejsce w 2002 roku, gdzie na Olimpiadzie w Salt Lake City Simon Ammann zgarnął dwa złota na miesiąc przed swoim pierwszym triumfem w Pucharze Świata. Raimund parę razy był już w tym sezonie blisko zwycięstwa, ale jak dotąd się nie udawało. Myślę jednak, że złoto Igrzysk Olimpijskich wynagradza mu brak tego typu sukcesów w PŚ.
Kolejną niespodzianką było to, że w najlepszej trójce znalazło się… czterech zawodników. Trochę się naszukałam, żeby znaleźć informację, kiedy ostatnio na evencie mistrzowskim miała miejsce taka sytuacja. I wiecie co? Nie znalazłam. Pierwszy raz w historii konkursów mistrzowskich w tym sporcie rozdano 4 medale na jednej skoczni. W dodatku jeden z brązowych krążków trafił do Gregora Deschwandena, który jak dotąd sezon miał dość przeciętny (153 punkty, 24. miejsce w generalce). Drugim z trzecich był natomiast będący w życiowej formie Ren Nikaido, który będzie się liczył w grze o medale również na dużym obiekcie. Absolutnie największym plusem takiej sytuacji był brak w klasyfikacji znienawidzonego przez sportowców czwartego miejsca. Jeśli chodzi o inne niespodzianki, w drugiej serii mieliśmy Enzo Milesiego, Hektora Kapustika czy Qiwu Songa, za to nie mieliśmy Kamila Stocha ani Pawła Wąska. W trzeciej dziesiątce ukończyli zawody wymieniani w gronie faworytów do medali Stefan Kraft i Anze Lanisek.
Teraz parę słów o debiutantach. Na siedmioro medalistów z normalnej skoczni dla piątki był to pierwszy występ na Igrzyskach, a dla wszystkich – pierwsze medale. Jednak choć Raimund, Tomasiak, Nikaido, Nika Prevc i Maruyama mogą cieszyć się z tego, że w debiucie od razu wskoczyli do TOP3, nie tylko oni mieli powody do radości. Wspomniałam o Milesim i Kapustiku, bardzo udane debiuty zaliczyli też chociażby Valentin Foubert czy Kristoffer Eriksen Sundal. Wysoko byli też Domen Prevc (6. Miejsce) czy Stephan Embacher (7. Pozycja), ale co do nich, oczekiwania były wyższe. Domenator zdawał sobie sprawę, że na normalnej skoczni będzie mu trudniej, a po finałowym skoku był naprawdę zadowolony. Zdaniem wielu powinien był jednak włączyć się do walki o medale. Embacher miał średni pierwszy skok, w przeciwnym razie mógłby skończyć wyżej.
Na koniec wywodu o debiutantach zostawiłam wyjątkowo wytrwałą i godną podziwu osobę. Mowa o Annie Twardosz, która pomimo nie najlepszych treningów wskoczyła do TOP10 zawodów kobiet. Zważywszy na to, ile trudności musiała po drodze pokonać, o czym więcej można przeczytać tutaj, znalezienie się wśród dziesięciu najlepszych zawodniczek na Olimpiadzie zasługuje na podziw. Można skoki kobiet lubić lub nie lubić, ja osobiście nie przepadam, ale naszej najlepszej skoczkini nie mogę odmówić niesamowitej siły charakteru i woli walki. 4 lata temu żadna z Polek nie weszła do TOP30. W 2026 Anna Twardosz osiągnęła coś, czego jeszcze niedawno nikt sobie nie wyobrażał. I dlatego trzeba ten wynik szanować.
Teraz parę słów o mikście. Słaby w zawodach indywidualnych Lanisek postanowił naprawić błędy i uzyskał najwyższą notę indywidualną. W dodatku Domen znalazł się w tym zestawieniu tuż za nim. Trudno się oprzeć wrażeniu, że gdyby Słoweńcy wzięli udział w czwartkowych treningach, mogliby tak dobrze skakać już w poniedziałek. Pozostaje cieszyć się pewnie wywalczonym złotem w mikście i liczyć, że panowie dobrze przygotują się na skocznię dużą, na której Domenator będzie już zdecydowanym faworytem. Polacy, jak to w mikście, spisali się słabo. Ale, szczerze mówiąc, myślałam, że będzie lepiej. Pomimo świetnego skoku wicemistrza olimpijskiego, Kacpra Tomasiaka, oraz niezłej próby Pawła Wąska, nasza drużyna wyprzedziła tylko Rumunię. Niestety jest to ogromna porażka.
Zastanawiam się, która strona srebrnego medalu była najbliższa drugim w zawodach mieszanych Norwegom. Moim zdaniem to była ta lepsza, ta która dawała dużo radości, bo udało się pokonać Japończyków. Z drugiej strony małe rozczarowanie również mogło być, bo w serii próbnej to Skandynawowie byli najlepsi. Cóż, jak widać, emocje związane ze srebrem nie są takie oczywiste. Na pewno jednak radość z medalu prędzej czy później im się udzieli, jak również ekipie japońskiej, w której nastroje zazwyczaj dopisują.
Podsumowując, zawody na skoczni normalnej były dosyć ciekawe. Świetni debiutanci, różne oblicza srebrnego medalu, jedna z najpiękniejszych chwil w polskich skokach od wielu lat. Pozostaje nam czekać z niecierpliwością na dużą skocznię, a tam pierwsze treningi odbędą się już w czwartek.











Leave a Reply