Subiektywnie o skokach

Bądź na bieżąco ze światem skoków

Safety not first – podsumowanie PŚ w Oslo

Fot. FIS

Jedna z chyba najbardziej nielubianych skoczni w Pucharze Świata przyniosła nam kolejne loteryjne rozstrzygnięcia. Radości z pierwszych sukcesów było co niemiara, ale odbywało się to kosztem wyciętych przez warunki. Czas na podsumowanie ostatnich konkursów skoków w tym sezonie.

W Lahti działy się cuda, pierwsze podia, powroty do formy, czy powrót z Dubaju – ale w Oslo było jeszcze ciekawiej. Od początku wiatr dawał się we znaki, więc piątkowe serie były przesuwane. Ostatecznie odbył się jeden trening oraz kwalifikacje. Domenator wygrał obie serię, w ocenianej dzieląc się zwycięstwem z Embacherem. A Polacy? Tomasiak był czwarty w treningu, a resztę lepiej przemilczeć.

Tak to się zaczęło. Całkiem normalnie, typowo. A potem to już się nieźle działo. W sobotę czołówka trafiła na trudne warunki. Zdmuchnięty przed punkt K zdobywca Kryształowej Kuli po raz pierwszy od Willingen 2025 nie awansował do drugiej serii. Z trudem zrobili to chociażby Anze Lanisek i Stefan Kraft. Na półmetku prowadził Maximilian Ortner, który miał szczęście skakać w nie najgorszych warunkach. Za nim plasowali się Deschwanden i Nakamura. Żaden z tych panów nigdy wcześniej nie wygrał w PŚ.

Druga seria była jakby bardziej normalna, jednak to Deschwanden wywalczył zwycięstwo. Pierwsze dla Szwajcarii od ponad 11 lat i pierwsze w karierze dla 35-latka, który tym samym stał się najstarszym debiutantem w roli triumfatora zawodów. Po raz trzeci w sezonie zabrakło na podium Słoweńca (po pierwszej serii mieli ich w najlepszym przypadku na miejscach 29-30, ale Lanisekw finale mocno się poprawił), za to nie zabrakło siódmego już w tym sezonie Austriaka, Ortnera, oraz Naokiego Nakamury. Zdecydowanie intrygujące podium, a w niedzielę było jeszcze „lepiej”.

Zanim do tego jednak dojdę, parę słów na pochwałę Deschwandena. Początek sezonu miał przeciętny. Między Wisłą a Engelbergiem miał problemy z wchodzeniem do TOP30, nie lepiej było w Willingen. Aż tu nagle przyszły Igrzyska – i sklasyfikowany w trzeciej dziesiątce PŚ Gregor wyskakał sobie brąz na normalnej skoczni. Po olimpiadzie też miewał dobre rezultaty – w Lahti otarł się o podium, zajmując czwartą lokatę. No i w Oslo to się wszystko poskładało – dalekie skoki, relatywnie niezle warunki, pogrom czołówki. Sezon wzlotów i upadków 35-latka dał mu pierwsze zwycięstwo w karierze. Super sprawa, szkoda że koło fortuny następnego dnia nie było tak łaskawe i Szwajcar wyleciał poza TOP30.

Fot. Kai Taller

Sobota była frustrująca, Domen wyglądał na nieco zdziwionego tym, że wypadł z trzydziestki. Ale niedziela to była kolejna w tym sezonie antyreklama skoków narciarskich – i to na całego. Walka co drugiego skoczka o życie (Hoffmann był bardzo blisko poważnego upadku) czy wycięcie świetnych skoczków (poza drugą serią byli m.in. wspomniany wyżej Gregor Deschwanden, Ryoyu Kobayashi czy Daniel Tschofenig) zdecydowanie kłócą się z propagowaną przez FIS ideologią „Safety first”. Dosłownie drżałam patrząc na kolejnych wychodzących z progu zawodników, którymi chybotało na prawo i lewo. Jak już zdołali z tego wyjść cało, to mieli problem z lądowaniem, jak np. Sundal, autor najdłuższego skoku dnia, który dostał mocny podmuch pod narty i ratował się awaryjnym lądowaniem na HS.

Najbardziej bałam się o Domena. On zazwyczaj lata dość… chaotycznie. Poprzedniego dnia nie poradził sobie z warunkami. W takiej wichurze przy progu autentycznie drżałam o jego bezpieczeństwo. To, które powinno być na pierwszym miejscu, o czym ktoś ewidentnie zapomniał. Na swoje szczęście, Domenator wyszedł z progu dobrze i zdusiło i zawiało go dopiero na dole, wskutek czego wycisnął niezły rezultat i ostatecznie był dziewiąty. Niemniej jakby mi ktoś przed 6 marca powiedział, że lider PŚ zaliczy w ciągu 8 dni dwa konkursy bez punktów i 4 konkursy z rzędu bez zwycięstwa, uśmiechnęłabym się z politowaniem. Niestety jednak, Domen nie ma szczęścia ostatnio, czy to do warunków, czy do kalibracji wagi w hotelu. Na szczęście KK już ma, a przed sobą – perspektywę czterech konkursów na jego ulubionych największych skoczniach świata. W Vikersund, podobnie jak w zeszłym roku (trzeci upadek w sezonie…) myślę że tylko on sam może odebrać sobie dublet.

Czas na omówienie wydarzeń historycznych. Konkurs niedzielny, który nie powinien w ogóle mieć miejsca, został ku radości wszystkich ograniczony do jednej serii. Oznaczało to kolejne premierowe zwycięstwo zawodnika po trzydziestce – tym razem urodzonego w 1993 Tomofumiego Naito. Japończyk zrobił w tym sezonie rzecz nie do ogarnięcia. Rzutem na taśmę wywalczył miejscówkę dla Japonii na początek PŚ, potem w wieku 32 lat po raz pierwszy zapunktował, zaraz potem wskoczył do TOP10 w Klingethal. Następnie z drużyną wywalczył historyczne złoto MŚwL w Oberstdorfie (oczywiście debiutując w lotach). Kolejnym krokiem był rekord życiowy uzyskany na nartach pożyczonych od Julesa Cherveta i czwarte miejsce na Kulm, a w Oslo wypadkowa wiatrowo-przelicznikowo-odległościowa pozwoliła mu na pierwsze w karierze zwycięstwo, o ledwie 0,1 punktu przed Anze Laniskiem. Takie historie nie zdarzają się często.

Przejdźmy teraz do innego podiumowicza, który osiągnął życiowy sukces – mowa oczywiście o Anttim Aalto. 30-letni Fin już lata temu w dużej mierze musiał odpowiadać za jakiekolwiek przyzwoite wyniki swojej reprezentacji. W sezonie 18/19 wskakiwał czasem do TOP10. W kolejnych edycjach różnie mu się wiodło, były lepsze (jak 19/20 i 20/21) i gorsze zimy (21/22 czy 23/24) aż doszedł do momentu, w którym wskoczył na naprawdę wysoki poziom. W obecnym sezonie regularnie punktuje, a po Igrzyskach trzy razy meldował się w TOP10. To się musiało skończyć jakimś podium. A jednoseryjna loteria to idealna okazja na taki wyczyn, którą Antti koncertowo wykorzystał. Było to pierwsze indywidualne podium dla Finlandii od 2014. Jeśli chcecie się dowiedzieć więcej na ten temat i w ogóle w tematyce fińskiej, zapraszam do przeczytania tego tekstu.

Fot. Kai Taller

Dzięki dwóm bardzo sympatycznym składom TOP3 w Oslo oraz ciekawym rozstrzygnięciom w Lahti czy na Kulm, zabetonowane grono podiumowiczow i zwycięzców tego sezonu znacznie się rozszerzyło. Przed Igrzyskami wygrywało łącznie zaledwie sześciu zawodników z trzech krajów, obecnie takim osiągnięciem może pochwalić się dziewięciu, pięciu różnych narodowości. Na podium aż do Predazzo stawało 13 skoczków z 4 krajów, a obecnie jest ich 20 z aż 8 reprezentacji, wśród których mamy Szwajcarię, Finlandię i Bułgarię, ale wciąż nie mamy Polski. I chyba już nie będziemy mieli. Niemniej na monotonię nie ma co narzekać.

Czas na parę słów o Polakach. Nie za dużo, bo szkoda jeszcze bardziej psuć sobie humor. I w piątek i w niedzielę dwóch naszych odpadało w kwalifikacjach. Łącznie zaledwie 37 punktów zdobytych do PN. Żadnego miejsca w TOP20, i to pomimo obecności Tomasiaka. Niestety, polskie skoki to obraz nędzy i rozpaczy. Ciekawi mnie natomiast, jak spisze się Kacper na lotach, gdyż do Vikersund pojedzie ta sama szóstka, którą oglądaliśmy w Oslo. Interesująco zapowiada się również debiut polskiej skoczkini w tej konkurencji – dzięki lokacie w TOP30 generalki, szansę na loty otrzymała Anna Twardosz. Istnieje duża szansa, że tych dwoje debiutantów przyniesie Polakom jeszcze trochę radości w tym trudnym sezonie.

Zmierzając do końca, cóż można rzec na podsumowanie tego weekendu na Holmenkollbakken? Mogłabym się posiłkować słowami Philippa Raimunda,  który w niedzielę wycofał się z rywalizacji, ale na ogół nie używam słów uchodzących za wulgarne, więc tego nie zrobię. Powiem tylko, że na pewno pozytywne jest to, że nowi zawodnicy stają na podium i wygrywają, kolejne kraje zdobywają osiągnięcia, ale szkoda, że odbywa się to w takich okolicznościach. W dobie propagowania idei „safety first” narażanie skoczków na kontuzję, by na siłę przeprowadzić jednoseryjne loteryjne zawody wywołuje niesmak i niezadowolenie. Pomimo tego, że konkursy w Oslo przyniosły wielu skoczkom radość ze wspaniałych osiągnięć, dla mnie pozostaną gorzkim wspomnieniem.

Takie to były ostatnie skoki w tym sezonie. Przed nami tylko loty – najpierw w Vikersund, gdzie, niestety, będziemy mieli tego samego delegata technicznego, który zaserwował nam parodię lotów narciarskich w Oberstdorfie i Tauplitz. Mam nadzieję, że mimo to zobaczymy parę fajnych lotów, bo jest to obiekt idealny pod styl lotu Domenatora. Lider PŚ przez całą swoją karierę nie był tam niżej niż ósmy, a w zeszłym roku pięknym telemarkiem lądował na odległości 247 m, co po modyfikacji skoczni jest imponującym osiągnięciem. Obyśmy mogli odetchnąć z ulgą po szalonym weekendzie w Oslo i cieszyć się z udanych i dalekich lotów. Choć jest to myślenie życzeniowe, bądźmy dobrej myśli. Jak nie wyjdzie, to w Planicy na pewno będzie lepiej.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *