Subiektywnie o skokach

Bądź na bieżąco ze światem skoków

Weekend pełen cudów – podsumowanie PŚ w Lahti

Fot. Kai Taller

Czas pozostały do końca sezonu kurczy się w zatrważającym tempie, kolejne trzy konkursy przeszły do historii. A choć trochę ich jeszcze do końca zostało, w kontekście walki o KK nic to już nie zmieni. Niemniej w Lahti miało miejsce wiele ciekawych, zaskakujących i kontrowersyjnych zdarzeń. Zapraszam do podsumowania tych niezwykłych zawodów.

Weekend na Salpausselce przyniósł nam w tym roku niecodzienne rozwiązania, sensacyjne wyniki i niespodziewane dyskwalifikacje. Zaczęło się od zjawiska zupełnie abstrakcyjnego, którym był planowo jednoseryjny konkurs. Odkąd pamiętam oglądam skoki narciarskie i takiego tworu sobie nie przypominam. Owszem, w Vikersund w 2024 czy w Planicy w 2023 również zaplanowano jednoseryjne zawody, jednak tylko dlatego, że były one wskutek złych warunków przeniesione z dnia poprzedniego. A konkurs w Lahti, przejęty w zastępstwie za Rukę niemal 2 miesiące temu, miał jedną rundę wyłącznie ze względu na brak czasu. Z tego powodu nie odbyły się rownież kwalifikacje. Takie okoliczności sprzyjały ciekawym rozstrzygnięciom.

Niewątpliwie każdy, kto oczekiwał niecodziennego przebiegu zawodów, nie mógł być zawiedziony. Początkowo, siódme zwycięstwo z rzędu zaliczył Domen Prevc. Wcześniej twierdziłam, że Słoweńcowi się to nie uda, bo miał on zawsze duże trudności z oddawaniem dobrych skoków w Lahti. Tu jednak oddał najlepszą próbę. Niestety okazało się, że nie ma to znaczenia, bo Domenator ważył za mało o 100 gramów. 100 gramów. Tyle, co średniej wielkości banan.

Taka sytuacja poskutkowała dyskwalifikacją lidera PŚ i zerowym dorobkiem punktowym. Dało to pierwsze tej zimy zwycięstwo Niemca – mistrz olimpijski z normalnej skoczni, Philipp Raimund, doczekał się debiutu na szczycie konkursu PŚ. Za sprawą Vladimir Zografskiego faktem stało się też historyczne podium dla Bułgarii. Choć Zografski ma sezon życia i miejsca w czołówce to dla niego nie pierwszyzna, to jednak po słabym Kulm nie spodziewałabym się, że to w Lahti stanie na podium.

Fot. Kai Taller

Teraz parę słów o dyskwalifikacji za tzw. Długość nart. Czyli w praktyce – za nieprawidłową wagę. Zarówno Domen w piątek jak i Nikaido w niedzielę oberwali właśnie za to. Słoweńca kosztowało to historyczne zwycięstwo, a Japończyka – utratę szansy na podium w zawodach duetów. Czy słusznie? Lider PŚ twierdził, że w hotelu waga wskazywała prawidłową wartość, jednak przy kontroli wyszło o 0,1 kg za mało. Wartość, która na spokojnie mogłaby stanowić błąd pomiarowy wagi, powoduje wykluczenie najlepszego zawodnika konkursu. Przykre, że tak minimalne detale bywają w tym sporcie decydujące, lecz i tak jestem pełna podziwu, że przy tylu szczegółowych kontrolach działacze FIS po raz pierwszy znaleźli u Domena jakąś nieprawidłowość.

Najbardziej jednak zabawne w tej aferze jest to, że ta dyskwalifikacja i brak punktów nie przeszkodziły Domenatorowi w zapewnieniu sobie KK. Wobec niezłego, ale nie rewelacyjnego występu Ryoyu Kobayashiego Prevc zdołał utrzymać nad nim ponad 700 punktów przewagi na 7 konkursów przed końcem. Dało mu to pewność triumfu w klasyfikacji generalnej. W ten sposób również jako drugi zawodnik w historii skompletował Wielkiego Szlema. Na razie więcej nie będę się na ten temat rozpisywać, bo zamierzam napisać o tym obszerniejszy tekst przy końcu sezonu, a mam jeszcze parę aspektów do omówienia.

Najpierw krótki akapit dla „maratończyków”. Mowa o czterech juniorach, którzy wprost z czempionatu w Lillehammer zaliczyli szybką podróż na Puchar Świata do Lahti. Byli to wszyscy medaliści, a więc Embacher, Tomasiak i Colby, do tego także Kaimar Vagul. Zmęczenie taką eskapadą dało jednak o sobie znać. Jedynie Kacper w drugim konkursie wskoczył do TOP10, Embacher plątał się po trzeciej dziesiątce, a Colby zupełnie przepadł.

Fot. Kai Taller

W tytule zasugerowałam, że w Lahti działy się cuda. Można by tu zaliczyć pierwsze podium dla Bułgarów, dyskwalifikację, która i tak dała Kryształową Kulę, ale także i kilka innych rzeczy. Po pierwsze, powrót z Dubaju Rena Nikaido. Japończyk przez niespokojną sytuację na Bliskim Wschodzie utknął w ZEA na około tydzień, omijając trzy indywidualne konkursy. Na szczęście udało mu się wreszcie wydostać z Dubaju i wystąpił w sobotnich zawodach, w których był czternasty. Następnego dnia oberwał jednak dyskwalifikację i Japonia wypadła z gry w duetach. W dodatku korzystając ze sposobności, Daniel Tschofenig zdołał wyprzedzić sympatycznego Azjatę w generalce. Ren będzie więc musiał stoczyć bój o podium klasyfikacji PŚ. Życzę mu, by był on udany.

A skoro jesteśmy już przy Tschofenigu, to przejdźmy do kolejnego małego cudu. Daniel, który na dużej skoczni na Igrzyskach czy na MŚwL oddawał próby nieraz fatalne, teraz powrócił do żywych. Niezły był już na Kulm, ale w Lahti był po prostu najlepszy. W piątek drugi, w sobotę pokonał Domena o 0,6 punktu. W duetach miał najwyższą notę w dwóch z trzech serii. Patrząc na to, że obrońca KK zawalił obie imprezy docelowe, można dostrzec ewidentny progres. Zwłaszcza że dzięki piątkowemu triumfowi stał się drugim po Domenie, a w jednym rzędzie z Laniskiem, najczęściej wygrywającym zawodnikiem w tym sezonie (choć trzy wiktorie przy trzynastu Prevca to nadal mało).

Kolejnym, bardzo miłym dla Polaków, małym cudem było 10. Miejsce Kamila Stocha w piątek. Trzykrotny mistrz olimpijski wskoczył do TOP10 po raz pierwszy od Planicy 2023, i choć pomogła w tym dyskwalifikacja zwycięzcy, to jednak taki rezultat przyniósł sporo radości kibicom, a pewnie i samemu Kamilowi. Zwłaszcza, że dzień później to samo miejsce zajął Kacper Tomasiak. W niedzielę natomiast razem wystartowali w zawodach duetów, zajmując jednak dopiero siódme miejsce.

A skoro jesteśmy przy duetach, to czas na ostatni akcent weekendu cudów – po dwunastu latach Finlandia powróciła na podium Pucharu Świata. Przed własną publicznością duet Kytosaho-Aalto zajął trzecie miejsce, zasłużone pięknymi i dalekimi skokami. Ostatni raz Fina na podium najwyższej rangi zimowej mogliśmy zobaczyć w Innsbrucku w 2014, kiedy loteryjne zawody zwyciężył Anssi Koivuranta. Teraz loteria nie była potrzebna – obaj panowie oddali naprawdę udane próby i mogli być z siebie bardzo zadowoleni.

Fot. Kai Taller

No cóż, to już wszystko z mojej strony, jeśli chodzi o Lahti. Mogłabym jeszcze zahaczyć o parę tematów, ale myślę, że na razie wystarczy. Przed nami jeszcze trzy weekendy Pucharu Świata, i o ile zdobywcę Kryształowej Kuli już znamy, zabawa jeszcze się nie skończyła. Czeka nas jeszcze walka o podium Pucharu Świata czy też o Małą Kryształową Kulę. A być może doczekamy się wreszcie pierwszego tej zimy pucharowego podium dla Polski? Zobaczymy. Przed nami Oslo, skocznia, na której wszystko się może zdarzyć. A potem to już tylko loty, oby jak najdłuższe…

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *